Sprawy na śniegu

Tropimy. Linijka, aparat, gps. Arkusz mapy z wyznaczonymi trasami. Plecy zgięte, nos przy ziemi, wzrok utkwiony w białym. A sprawy na śniegu są powikłane i niejednoznaczne. Na stokówce pod Otrytem wilk udaje rysia. Na tej samej drodze, kilka kilometrów wcześniej, w cienkiej warstwie świeżego śniegu pojawiają się znienacka tropy niedźwiedzia. Zwierzę maszerowało tędy przez chwilę, całkiem niedawno, po czym znikło. Nie ma śladów na lewo, nie ma na prawo. Paralotniarz? Gdzieś pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, matka niedźwiedzica przekracza wciąż tę samą, prawdopodobnie najdłuższą stokówkę na świecie. Próbują za nią nadążyć dwa niedźwiadki, które wcześniej sturlały się chyba ze stromego stoku, zostawiając za sobą przetarte w śniegu rynny, od których prowadzą dalej drobne (!), misiowe tropki (!).

Czytaj dalej

Klątwa Małego
Wędrówka Małym Szlakiem Beskidzkim

Odkąd pamiętam, moje stosunki z Małym Szlakiem Beskidzkim układały się źle. Wzajemne uprzedzenia o niejasnej genezie narastały stopniowo przez długie lata, aby przerodzić się w końcu w otwartą wrogość. Przykładowo, ja uważałem zawsze, że ten szlak ma żenujący kształt. Ani to pętla, ani trawers. Gigantyczny hak, który od Straconki do Myślenic biegnie mniej więcej prosto, a potem zakręca w stronę Mszany i w końcu urywa się na Luboniu w sposób zupełnie absurdalny. Bez względu na to, czy pójdzie się z Bielska, czy z Lubonia, w pewnym momencie i tak trzeba ZAWRÓCIĆ, co jest deprymujące i demobilizujące. A poza tym – co to jest Mały, kiedy już się przeszło Główny Beskidzki?

Mały na to, że skoro tak, to on nie da mi się przejść. Nie przejdę, chyba, że po jego trupie. Próbowałem w 2010. Nie wyszło. Dopóki szedł ze mną Konrad, nie było najgorzej. Ale potem załamanie, kryzys i ewakuacja z Myślenic. Kilka dni później próbowałem uratować twarz, pisząc tekst pod tytułem Trzy doliny, który był próbą zatuszowania klęski i wmówienia sobie, że wszystko od początku do końca było zaplanowane. A Mały o mnie pamiętał. I czekał. Kiedy ruszyłem w sierpniu ubiegłego roku, nie chciał mnie nawet dopuścić na Luboń, czyli na miejsce startu. Ledwie się na tę górę dowlokłem z Naprawy. Po drodze (a nie było tego więcej niż pięć kilometrów) przeżyłem załamanie nerwowe i fizyczne. Nic mi się nie podobało. Nigdzie nie chciałem iść. Godziny mijały, a mnie wcale nie było lepiej. Kiedy doczołgałem się na dworzec PKS w Mszanie, z drugiej strony na rozgrzaną asfaltową płytę wtaczał się właśnie autobus do Krakowa. Klimatyzowany. Pusty.

Czytaj dalej

Koniec roku pod Dębnikiem

Zima jest dokładnie taka, jak lubię. Mróz, błękitne niebo i całkowity brak śniegu. W zamarzniętych kałużach na drodze do starego kamieniołomu mienią się uwięzione w lodzie drobiazgi. Liście, liści ogonki i skrawki, kamyki małe i bardzo małe, powietrzne baloniki nakryte przez mróz znienacka, zamknięte w chwili być może krępującej, a teraz wystawione na widok publiczny niczym ekspozycja w muzeum sztuki abstrakcyjnej. Będą tkwić w tej niekomfortowej sytuacji tak długo, aż jakiś litościwy front atmosferyczny zamieni świetlistą wystawę w kałużę brunatnego błota.

Czytaj dalej

Noc Wielkiego Księżyca

Raz na kilkadziesiąt lat Księżyc przechodzi przez perygeum, czyli punkt orbity położony najbliżej Ziemi. Pełnia jest u nas wtedy wyjątkowo spektakularna. Wielki Księżyc pojawił się właśnie w tym roku, w nocy 14 listopada, i wtedy Kefir postanowił od nas odejść. Zmarł około dwudziestej, mniej więcej cztery godziny po tym, jak wielka, srebrna tarcza pojawiła się na niebie. Był z nami właściwie od samego początku. Kiedy na dobre pojawiliśmy się My – pojawił się i On. Przyszedł do nas z północy. O jego przeszłości nic więcej nie wiemy. Nauczyliśmy się przy nim wiele. O nim, o sobie samych i o nas nawzajem. Nie przypominam sobie właściwego żadnego ważnego wydarzenia, na które nie padłby z tej czy z tamtej strony cień jego kłapciatych, naprawdę stanowczo za dużych uszu. Na koniec dał nam jeszcze jedną lekcję. To była zamknięta w jego ostatnim oddechu wielka tajemnica życia i śmierci, wspólna dla wszystkich stworzeń małych i dużych. Zaraz potem wyruszył dalej. Być może uznał, że teraz wiemy już wszystko i możemy sobie już radzić sami. Kto wie, czy nie zmierza na południe. W końcu zawsze podejrzewaliśmy, że jest pierwszym (i jednocześnie ostatnim) przedstawicielem szlachetnego gatunku charcików prowansalskich. A może wraca na północ, tam, skąd kiedyś do nas przyszedł? Magda mówi, że skończyła się pewna epoka. To prawda.

Buczek mgłowy

Buczek mgłowyChłopak z Wyżyn przyjeżdża nad morze nie pierwszy już raz. Wydaje mu się, że sporo o morzu wie, bo przecież tu kiedyś plażował, tam się przechadzał, gdzie indziej jeszcze coś z piachu wykopał. Pierwszego dnia pobytu kupuje Chłopak z Wyżyn mapę najbliższej okolicy i od razu trafia na topograficzny rarytas. Z mapy wynika, że całkiem nieopodal stoi na brzegu morza buczek mgłowy. Chłopakowi od razu stają przed oczami wyżynne buki, te z Ruskich Gór i spod Jaroszowca, pod którymi on latem i zimą, na hamaku i na ściółce, za dnia i nocą niezliczone godziny szczęśliwe spędził. Więc mają tu buka tak niezwykłego – myśli Chłopak z Wyżyn – tak mianowicie w swoim rodzaju wybitnego, że był on kiedyś punktem orientacyjnym dla żeglarzy, którzy widzieli go nawet w gęstej mgle. Olśniony swym intelektem Chłopak w tej chwili nie dostrzega jeszcze całego absurdu swojego pomysłu i w gruncie rzeczy trudno mieć do niego o to pretensje zważywszy, że z absurdem od jakiegoś czasu jest mu po drodze i do twarzy. Następnego dnia Chłopak z Wyżyn wyciąga wczesnym rankiem z łóżka Dziewczynę Swojego Życia, pakuje kanapki i wodę i rusza w radosnych podskokach w stronę morza. Wybiega na plażę, z obrzydzeniem pewnym mija stojący w piachu betonowy, przekrzywiony walec i rozgląda się wokół w poszukiwaniu owego buka wspaniałego, którego w tych stronach niepoważnych pieszczotliwie buczkiem ochrzczono. Niczego oczywiście nie znajduje, sięga więc do dobrodziejstw Wikipedii, dostępnych za sprawą podręcznego urządzenia przenośnego. Wtedy to okazuje się, że buczek mgłowy to nie jest drzewo, ale buczek dosłowny, czyli maszyna na prąd elektryczny, co buczy i buczeniem swoim dawnymi czasy ostrzegała pogubionych we mgle żeglarzy. A owa szpetna ruina tuż obok to jest zabytek szacowny, relikt wieży, na której buczek rzeczony przez lat wiele służbę swą dzielnie sprawował. Wraca teraz Chłopak z Wyżyn z miną skwaszoną na przytulną kwaterę udając, że wcale nie jest zaskoczony i przez następne dni rozmyśla tylko o tym, że morze jest jednak dziwne.