Koniec roku pod Dębnikiem

Zima jest dokładnie taka, jak lubię. Mróz, błękitne niebo i całkowity brak śniegu. W zamarzniętych kałużach na drodze do starego kamieniołomu mienią się uwięzione w lodzie drobiazgi. Liście, liści ogonki i skrawki, kamyki małe i bardzo małe, powietrzne baloniki nakryte przez mróz znienacka, zamknięte w chwili być może krępującej, a teraz wystawione na widok publiczny niczym ekspozycja w muzeum sztuki abstrakcyjnej. Będą tkwić w tej niekomfortowej sytuacji tak długo, aż jakiś litościwy front atmosferyczny zamieni świetlistą wystawę w kałużę brunatnego błota.

Czytaj dalej

Noc Wielkiego Księżyca

Raz na kilkadziesiąt lat Księżyc przechodzi przez perygeum, czyli punkt orbity położony najbliżej Ziemi. Pełnia jest u nas wtedy wyjątkowo spektakularna. Wielki Księżyc pojawił się właśnie w tym roku, w nocy 14 listopada, i wtedy Kefir postanowił od nas odejść. Zmarł około dwudziestej, mniej więcej cztery godziny po tym, jak wielka, srebrna tarcza pojawiła się na niebie. Był z nami właściwie od samego początku. Kiedy na dobre pojawiliśmy się My – pojawił się i On. Przyszedł do nas z północy. O jego przeszłości nic więcej nie wiemy. Nauczyliśmy się przy nim wiele. O nim, o sobie samych i o nas nawzajem. Nie przypominam sobie właściwego żadnego ważnego wydarzenia, na które nie padłby z tej czy z tamtej strony cień jego kłapciatych, naprawdę stanowczo za dużych uszu. Na koniec dał nam jeszcze jedną lekcję. To była zamknięta w jego ostatnim oddechu wielka tajemnica życia i śmierci, wspólna dla wszystkich stworzeń małych i dużych. Zaraz potem wyruszył dalej. Być może uznał, że teraz wiemy już wszystko i możemy sobie już radzić sami. Kto wie, czy nie zmierza na południe. W końcu zawsze podejrzewaliśmy, że jest pierwszym (i jednocześnie ostatnim) przedstawicielem szlachetnego gatunku charcików prowansalskich. A może wraca na północ, tam, skąd kiedyś do nas przyszedł? Magda mówi, że skończyła się pewna epoka. To prawda.

Buczek mgłowy

Buczek mgłowyChłopak z Wyżyn przyjeżdża nad morze nie pierwszy już raz. Wydaje mu się, że sporo o morzu wie, bo przecież tu kiedyś plażował, tam się przechadzał, gdzie indziej jeszcze coś z piachu wykopał. Pierwszego dnia pobytu kupuje Chłopak z Wyżyn mapę najbliższej okolicy i od razu trafia na topograficzny rarytas. Z mapy wynika, że całkiem nieopodal stoi na brzegu morza buczek mgłowy. Chłopakowi od razu stają przed oczami wyżynne buki, te z Ruskich Gór i spod Jaroszowca, pod którymi on latem i zimą, na hamaku i na ściółce, za dnia i nocą niezliczone godziny szczęśliwe spędził. Więc mają tu buka tak niezwykłego – myśli Chłopak z Wyżyn – tak mianowicie w swoim rodzaju wybitnego, że był on kiedyś punktem orientacyjnym dla żeglarzy, którzy widzieli go nawet w gęstej mgle. Olśniony swym intelektem Chłopak w tej chwili nie dostrzega jeszcze całego absurdu swojego pomysłu i w gruncie rzeczy trudno mieć do niego o to pretensje zważywszy, że z absurdem od jakiegoś czasu jest mu po drodze i do twarzy. Następnego dnia Chłopak z Wyżyn wyciąga wczesnym rankiem z łóżka Dziewczynę Swojego Życia, pakuje kanapki i wodę i rusza w radosnych podskokach w stronę morza. Wybiega na plażę, z obrzydzeniem pewnym mija stojący w piachu betonowy, przekrzywiony walec i rozgląda się wokół w poszukiwaniu owego buka wspaniałego, którego w tych stronach niepoważnych pieszczotliwie buczkiem ochrzczono. Niczego oczywiście nie znajduje, sięga więc do dobrodziejstw Wikipedii, dostępnych za sprawą podręcznego urządzenia przenośnego. Wtedy to okazuje się, że buczek mgłowy to nie jest drzewo, ale buczek dosłowny, czyli maszyna na prąd elektryczny, co buczy i buczeniem swoim dawnymi czasy ostrzegała pogubionych we mgle żeglarzy. A owa szpetna ruina tuż obok to jest zabytek szacowny, relikt wieży, na której buczek rzeczony przez lat wiele służbę swą dzielnie sprawował. Wraca teraz Chłopak z Wyżyn z miną skwaszoną na przytulną kwaterę udając, że wcale nie jest zaskoczony i przez następne dni rozmyśla tylko o tym, że morze jest jednak dziwne.

W stronę niedźwiedzia
Wędrówka z Olkusza do Zakopanego

sam_9143_resize

Po co ludziom potrzebny był duży mózg? Żeby wędrować przez dzicz*.

Zabieram swój duży mózg i wyruszam w stronę gór. Na Bukowej spotykam człowieka polującego na grzyby. Widać, że coś jest nie tak. Pusty kosz. Duże, przestraszone oczy. Panie, jak stąd na Osiek? Tłumaczę mu, którędy iść. Nie mówię, że na Szczygłówku, dokładnie pomiędzy Bukową i Osiekiem, grasuje zwodzijoc – demon, co ludziom myli drogi. Czasem lepiej jest wiedzieć mniej niż więcej. Jeśli wyrzuci go pod Niesułowicami, wróci do Osieka autobusem przez Olkusz.

W polach za Nową Górą napęczniałe kłosy pszenicy pękają w gorącym słońcu. Szelest rozbrzmiewa nieprzerwanie wzdłuż Szwedzkiej Drogi aż do miejsca, gdzie pole pszeniczne się kończy, a zaczyna pole owsiane, po sąsiedzku z kukurydzianym. Kamienny krzyż pod starym drzewem jakby bardziej pochylony od ostatniego razu.

Na Bartlowej Górze zaczynam się martwić. Idę za szybko czy za wolno? Będzie burza czy nie? W Krzeszowicach do pizzy podają bezalkoholowe mojito w uroczych słoiczkach z uszkiem. Ale ja i tak się martwię. W lesie pod Czernichowem robaczek świętojański. Tylko jeden. I już zmartwienie. Poza tym martwiące jest, że rozbiłem się chyba zbyt blisko partyzanckiego pomnika. W nocy coś łazi koło hamaka. Ma cztery nogi, więc raczej nie partyzant. Rano budzę się smutny i zmartwiony. Najchętniej wracałbym do domu, ale wstyd.

Czytaj dalej

Siedząc nad morzem
Kilka dni nad Bałtykiem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie wiem, od jak dawna tu siedzę. Chyba jednak długo, bo czuję, jakbym powoli wrastał w gorący, biały piasek. Bawi mnie myśl, że z daleka mogę wyglądać jak jeden z tych pieńków, które morze wyrzuca na brzeg w czasie sztormu. Spory, ale jednak pieniek. Kilka metrów przede mną fale miarowo uderzają o brzeg. Woda za każdym razem się cofa (rozczarowanie), za to dźwięk biegnie dalej, w stronę lądu. Gdzieś tam, na piaszczystej drodze w sosnowym lesie, jest miejsce, w którym szum morza spotyka się z szumem wiatru i drzew. Szukam tego miejsca od dawna, ale na razie niewiele z tego wychodzi. Maszeruję drogą, słyszę ląd, a potem zawsze jest ten moment nieuwagi, po którym nagle okazuje się, że to już nie ląd słyszę, ale morze. Jakby w tym kluczowym miejscu ktoś stukał mnie pałką w głowę, powodując chwilowe zamroczenie. Trudno jest przydybać morze w ten sposób. Nie wiem też, czy są jakieś inne sposoby.

Czytaj dalej