Miechówka

Jeszcze rok temu wyglądała jak starożytna gontyna tkwiąca w samym środku pól. Pokrzywiona i pochylona, sprawiała wrażenie, jakby stała tutaj od zawsze. Przejeżdżałem wtedy obok niej samochodem i jak to często bywa w takich przypadkach, nie chciało mi się zatrzymywać. Od tamtego czasu przy kapliczce pojawiło się ogrodzenie z betonowych prefabrykatów. Jego brzydota przelała się na budowlę, która wygląda teraz mniej starożytnie, za to bardziej ruderalnie. Zresztą z tą starożytnością to też naciągana sprawa, bo kapliczki nie ma nawet na mapach z pierwszej połowy XX wieku.

Na pierwszy rzut oka duch uleciał już z tego miejsca. Jedyne, co jeszcze można tu robić, to kontemplować szczegóły. Drewniane, pokrzywione drzwi zawieszone na wygiętych finezyjnie zawiasach i zamykane na druciany haczyk. Drewniany krucyfiks w szczycie. Wewnątrz na ścianach zestaw świętych obrazków. Drewniana podłoga z desek, które uginają się przy każdym kroku. W stropie okrągły otwór, więc może kiedyś na dachu była wieżyczka z sygnaturką. Zamknąłem się na chwilę w środku, żeby posłuchać. W marcowym wietrze kapliczka chwiała się delikatnie i skrzypiała. Ze stropu posypały się drobne trociny. Pod deskami podłogi coś zaszurało. Wokół na chwilę uniósł się zapach drewna i starych ziół. Może jednak z tym duchem nie jest do końca tak, że wyfrunął w siną dal? Może zaszył się tylko głębiej w tych starych deskach? Minęło kilka dłuższych chwil, a mnie jakoś nie chciało się stamtąd wychodzić…

Czytaj dalej

Dębologia stosowana

Dęby nad Baryczą dzielą się na te, które podziwiam, które lubię i których się boję. Dęby pierwszego rodzaju uczęszczały do solidnej, pruskiej szkoły z nieogrzewanym internatem i nadreprezentacją przedmiotów wojskowych. Dotrwały do końca nauki i otrzymały świadectwo z wyróżnieniem. Teraz maszerują równymi rzędami wzdłuż parkowych alei, grobli i dróg. Piorun, choroba, piła i starość czynią w ich szeregach straszliwe wyrwy. Słabsze nie nadążają, padają, osuwają się na pobocze, do rowów, albo wprost do wody, jeśli kolumna zmierza akurat przez wąską groblę. Silne pozostają niewzruszone. Im więcej wokół spustoszeń, tym bardziej dziarsko zadzierają konary. I trwają. Są jak napoleońska Stara Gwardia, która nie cofa się nigdy. Te dęby podziwiam.

Czytaj dalej

Opuszczone nad Dubiem

Do opuszczonego gospodarstwa prowadzi niewyraźna ścieżka ze skrzyżowania dróg w centrum Dubia. Najpierw kilkadziesiąt metrów przez pola, do skraju lasu. Potem jeszcze chwilę przez las. Gospodarstwo, czy też miniaturowy przysiółek, zajmuje zarastająca polanę pod szczytem Łysej Góry. Ludzie, kiedy tu jeszcze mieszkali, mieli stąd piękny widok na południe, na dolinę Rudawy, na grzbiet Tenczyński, może także na góry. Przysiółek nie jest szczególnie stary, pojawia się dopiero na mapie z 1907 roku. Mieszkańcy opuścili go pewnie w drugiej połowie XX wieku, gdy tuż za ich plecami zaczął dudnić kamieniołom w Dubiu. Pewnie nie mieli innego wyjścia, tylko odejść…

Czytaj dalej

Sprawy na śniegu

Tropimy. Linijka, aparat, gps. Arkusz mapy z wyznaczonymi trasami. Plecy zgięte, nos przy ziemi, wzrok utkwiony w białym. A sprawy na śniegu są powikłane i niejednoznaczne. Na stokówce pod Otrytem wilk udaje rysia. Na tej samej drodze, kilka kilometrów wcześniej, w cienkiej warstwie świeżego śniegu pojawiają się znienacka tropy niedźwiedzia. Zwierzę maszerowało tędy przez chwilę, całkiem niedawno, po czym znikło. Nie ma śladów na lewo, nie ma na prawo. Paralotniarz? Gdzieś pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, matka niedźwiedzica przekracza wciąż tę samą, prawdopodobnie najdłuższą stokówkę na świecie. Próbują za nią nadążyć dwa niedźwiadki, które wcześniej sturlały się chyba ze stromego stoku, zostawiając za sobą przetarte w śniegu rynny, od których prowadzą dalej drobne (!), misiowe tropki (!).

Czytaj dalej

Klątwa Małego
Wędrówka Małym Szlakiem Beskidzkim

Odkąd pamiętam, moje stosunki z Małym Szlakiem Beskidzkim układały się źle. Wzajemne uprzedzenia o niejasnej genezie narastały stopniowo przez długie lata, aby przerodzić się w końcu w otwartą wrogość. Przykładowo, ja uważałem zawsze, że ten szlak ma żenujący kształt. Ani to pętla, ani trawers. Gigantyczny hak, który od Straconki do Myślenic biegnie mniej więcej prosto, a potem zakręca w stronę Mszany i w końcu urywa się na Luboniu w sposób zupełnie absurdalny. Bez względu na to, czy pójdzie się z Bielska, czy z Lubonia, w pewnym momencie i tak trzeba ZAWRÓCIĆ, co jest deprymujące i demobilizujące. A poza tym – co to jest Mały, kiedy już się przeszło Główny Beskidzki?

Mały na to, że skoro tak, to on nie da mi się przejść. Nie przejdę, chyba, że po jego trupie. Próbowałem w 2010. Nie wyszło. Dopóki szedł ze mną Konrad, nie było najgorzej. Ale potem załamanie, kryzys i ewakuacja z Myślenic. Kilka dni później próbowałem uratować twarz, pisząc tekst pod tytułem Trzy doliny, który był próbą zatuszowania klęski i wmówienia sobie, że wszystko od początku do końca było zaplanowane. A Mały o mnie pamiętał. I czekał. Kiedy ruszyłem w sierpniu ubiegłego roku, nie chciał mnie nawet dopuścić na Luboń, czyli na miejsce startu. Ledwie się na tę górę dowlokłem z Naprawy. Po drodze (a nie było tego więcej niż pięć kilometrów) przeżyłem załamanie nerwowe i fizyczne. Nic mi się nie podobało. Nigdzie nie chciałem iść. Godziny mijały, a mnie wcale nie było lepiej. Kiedy doczołgałem się na dworzec PKS w Mszanie, z drugiej strony na rozgrzaną asfaltową płytę wtaczał się właśnie autobus do Krakowa. Klimatyzowany. Pusty.

Czytaj dalej