Pogranicze

Na leśno-łąkowym pustkowiu za Wólką Żmijowską szukam śladów dawnej osady. Śladów nie ma, kuszą za to stojące w pobliżu graniczne słupy. Podchodzę chyłkiem w ich stronę, czując, jak we krwi coraz bardziej buzuje adrenalina. Ekscytacja jest tak wielka, jak ongiś, podczas wycieczki szkolnej na Czantorię, kiedy kilku z nas zdobywało szlify prawdziwego mężczyzny, łamiąc wszelkie zakazy i przechodząc na kilka kroków w głąb terytorium bratniej Czechosłowacji. Trzydzieści lat później ta sama adrenalina powoduje, że mój umysł cofa się do poziomu średnio rozgarniętego uczniaka. Dobry los czuwa jednak nade mną i pozwala wrócić w głąb rodzimego kraju w stanie nienaruszonym. W tym samym czasie lotny patrol Straży Granicznej przesłuchuje czekającą na mnie nieopodal Magdę. Skąd? Dokąd? Na jak długo? Po co właściwie? A czy na pewno po to?

Czytaj dalej

Edward

Wszystko to wyjątkowo podejrzane, jeśli mam być szczery. Edward zjawił się u nas w drugą niedzielę lutego, w późnych godzinach wieczornych. Przyszedł z zachodu, i tyle o nim wiemy. Wychynął z ciemności niczym siedem znękanych nieszczęść. Zrobił to dokładnie w tym samym czasie, kiedy Magda wracała ze spaceru z Miłką i była już właściwie jedną nogą w domu. Ani sekundy wcześniej, ani sekundy później. Cóż za zbieg okoliczności, można by powiedzieć… Kiedy Edwarda zobaczyłem (a wtedy jeszcze nie był to Edward, tylko pies przybłęda), wpadłem oczywiście w panikę. Zaraz też przypomniałem sobie, że w lesie, po którym biegam, wisi ogłoszenie z kategorii zaginął pies, i że to na pewno o tego psa chodzi. Biegnę więc do lasu, włączam czołówkę, wyciągam telefon, żeby spisać numer. Czytam. Zaginęła suczka Sisi, sierść długa, czarna. Wszystko jest na zdjęciu. I nic się nie zgadza. Edward, to znaczy na razie jeszcze pies przybłęda, jest psem, z sierścią krótką, raczej nie czarną. Czytam jednak jeszcze raz, tym razem powoli, kombinując przy tym rozpaczliwie, czy Edwarda nie da się jakoś podciągnąć pod Sisi. Ale nie. Wracam do domu rozmyślając o tym, jakże ciężko mnie życie doświadcza. I o tym, że wystarczy tylko na chwilę zachorować i poprosić najbliższą osobę o zastępstwo na psim spacerze, żeby człowiekowi dodatkowa psiarnia na głowę się zwaliła. Jeszcze tli się we mnie nikła nadzieja, że Edward przemyślał sprawę i sobie poszedł. Ale nie. Został. Chyba na dłużej. Teraz jest wtorek, szósty dzień marca. Od godziny E minęły prawie cztery tygodnie. Edward to już Edward. Cóż mam powiedzieć. Świetny jest. Najpiękniejszy i najbardziej rozbrajający pies na świecie. W domowym zaciszu głęboko refleksyjny, chyba że akurat wgryza się w patyk. W terenie kompletny wariat. Bieganie, węszenie, skakanie. Zdecydowanie mój typ. Miłka co prawda myśli chyba o wyprowadzce, i to jest jakiś problem. Ale w końca to ona wywęszyła Edwarda w olkuskim smogu, więc w pewnym sensie sama jest sobie winna. Wszyscy będziemy musieli odnaleźć się jakoś w tych nowych czasach. W epoce edwardiańskiej.

Święto godziny

Kiedy już wyjaśniłem moje plany na piątkowy wieczór i noc, najpierw zapadła długa i wymowna cisza, a następnie Magda powiedziała: Aha, czyli zabierasz ten kawałek niedojedzonej pizzy i jedziesz do Wolbromia. I po kolejnej, jeszcze dłuższej chwili: Mam złe przeczucia. Zrelacjonuję zatem wydarzenia, jakie miały miejsce nocą z ostatniego piątku na ostatnią sobotę stycznia. Postaram się przy tym uczynić to w sposób zwięzły i zajmujący, eksponując wątki ideowe i duchowe oraz podkreślając moją dojrzałą i odpowiedzialną postawę, która zadecydowała o tym, że złe przeczucia Magdy zupełnie się nie sprawdziły.

Czytaj dalej

Skrzypi mi rower

Strasznie skrzypi mi rower. Wszystko zaczęło się wiosną, ale wiosną nie zwraca się na takie rzeczy uwagi, bo ptaszki, zielona trawa i kwiatki. Jednak latem zaczęło mi to przeszkadzać, a jesienią stało się nie do zniesienia. Mój zaufany warsztat rozebrał rower, złożył, jeszcze raz rozebrał, znowu złożył, po czym się poddał. Skrzypi dalej, albo też, mówiąc bardziej precyzyjnie, strzela. Sztyca nie, szprychy nie, hak przerzutki nie, korba nie, piasta nie. Rama może tak. Po ostatniej rozbiórce i ponownym złożeniu zabrałem się na nim na weekend do Lanckorony, żeby poczuł się doceniony i może przestał skrzypieć. Ale nic z tego. Zaczął skrzypieć jeszcze przed Krzeszowicami, przestał na trochę nad Wisłą, potem trzeszczał koncertowo aż do Lanckorony. Na drugi dzień postanowiłem wracać inną drogą, żeby go trochę zmylić, ale nic to nie dało. Jak on skrzypiał w Puszczy Dulowskiej! Najgorzej jest wtedy, kiedy mija się innych rowerzystów, szczególnie takich jak ja, z aspiracjami, w profesjonalnych ciuszkach, z licznikiem i tymi rzeczami. Wstyd. Na zjeździe jeszcze w porządku, ale minąć kogoś przy podjeżdżaniu, gdy skrzypi w dwójnasób, to jest obciach jak stąd na sam Księżyc. Nie wiem, co robić. Mam gdzie spać, mam co jeść i co czytać, ale strasznie skrzypi mi rower, co czyni ze mnie człowieka głęboko nieszczęśliwego…

Kasina, jesień i nocne pociągi

Pierwsze godziny jesieni. Deszcz, mgła i chłód. Stara stacja kolejowa w Kasinie wygląda w tej scenerii jak kadr z nostalgicznego filmu o pożegnaniach, samotności i ludzkiej niedoli. Budynek powoli znika w wieczornym mroku, otulony szpalerem kasztanowców. Kasztany nad głową, kasztany pod nogami. Jutro rano Magda wyzbiera je wszystkie, przemykając zgrabnie między kałużami i przemakając przy tym niemal do suchej nitki.

Spałem już na peronie i na kilku halach dworcowych, ale nigdy na stacji przerobionej na pensjonat. W naszym pokoju była może kasa biletowa, a może poczekalnia. Pijemy kawę, jemy ciastka i zastanawiamy się, ilu ludzi przewinęło się przez to miejsce od 1880 roku, kiedy otwarto kolej. Ja myślę o chłopach z górskich przysiółków, którzy porzucili galicyjską nędzę i wyruszyli w tułaczkę do Nowego Świata. Magda – o Żydach wywożonych przez Niemców.

W pensjonatowej biblioteczce znalazłem przewodnik Krygowskiego po Beskidach z 1965 roku. Jest tam napisane, że Kasina ma zadatki na miejscowość letniskową, a jej niezaprzeczalny atut to elektryfikacja. Muszę się zgodzić, że elektryfikacja znacząco ułatwia pobyt w Kasinie. Rezygnujemy z niej dopiero przed północą. A po północy stało się coś nieoczekiwanego. Przez stację w Kasinie przejechał pociąg. Linią, która od lat oficjalnie jest już zamknięta i którą otwiera się jedynie na kilka letnich kursów turystycznych w stylu retro. Ale ta nocna, jesienna lokomotywa spalinowa z kilkoma wagonami towarowymi była jak najbardziej prawdziwa. Następnej noc to samo, tym razem około dwudziestej drugiej. Austriacy transportują wojsko na front wschodni? Czy my o czymś nie wiemy???