Kampinoski rekord

XXXIV Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego w Puszczy Kampinoskiej

100km/19 h 47 min

Na maraton prosto z drogi. Głowa pełna Suwalszczyzny. Jeszcze za plecami suwalskie zapachy, krajobrazy i dźwięki, a tu trzeba się spiąć i startować. Pogoda  średnia: przeszło kilka ulew, za oknem ponuro i ciemno. Dojechaliśmy do Dziekanowa około 19.00. Na początku pustawo, potem powoli ludzie zaczęli się schodzić. Towarzystwo mieszane, wyluzowane, bez twardzieli-biegaczy, którzy startują o 23.00. Szczerze mówiąc, średni mi się chciało, ale byłby obciach, jakbym na starcie się rozmyślił.

Początek nieciekawy. Napieranie w pociągu, gęsiego wąską ścieżką, po bokach przeciskają się do przodu jakieś dziadki i robią to tak nachalnie, że zamiast z podziwem patrzę na nich z rosnącą irytacją. Z czasem stawka się rozciąga, kończą się chaszczory i zaczyna porządny las. Deszczu na szczęście nie ma, rozgrzewam się i już nie żałuję, że nie zabrałem windstoppera. Idzie się dobrze, tempo może trochę za szybkie, chwilami mam ochotę podbiec, ale boję się potknąć na jakimś korzeniu schowanym pod grubą warstwą liści. Trasa jest płaska, czasem jakieś wydmy, dużo w piachu i na tych odcinkach lekka kiszka. Pierwszy punkt na 25 km, woda do woli i ile się chce, napieram dalej. Noc robi się ładna, staję gdzieś po drodze, żeby popatrzeć na gwiazdy. Las jak to las w nocy. Ciemny. Orientacyjnie łatwo. Nie pamiętam, w którym miejscu zaczęło mnie łupać w kolanach. Na 50 km porządny punkt w szkole, z herbatą, ciastem, wodą. Część ludzi zostaje, ktoś śpi na podłodze, niektórzy wyglądają nieciekawie. Ja nie wiem, jak wyglądam, ale ruszam dalej. Piąta rano, spory kawałek asfaltem, trochę mgły przez którą przebija się świt. Kolana doskwierają coraz bardziej, mimo to próbuję biec. Myślę, że z dychę przebiegłem w tej drugiej 50-tce i mógłbym więcej, gdyby nie te kolana. Dzień zrobił się ładny, październikowy klasyk, chłodno i słonecznie. Kawałek przez ładny, liściasty las, potem jakieś liche sosenki. 75 kilometrów w dobrym czasie, jest 10 rano. Na punkcie rozdają zupę – podobno kultowa, raczej nie dla mnie. Rozmasowuję stopy i kolana, ruszam dalej w ciężkich bólach. Trochę lasu, potem koszmarny asfalt do cmentarza Wiersze, kiepsko ze mną. Jeszcze jakieś 13-14 km, na końcówce daję niezły popis, równym i szybkim tempem ukręcam łeb dystansowi. Meta. Sukces jest, ale lasu mam dość na jakiś czas.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *