Roczne archiwum: 2008

Kolejna pętla w Kampinosie

XXXV Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego w Puszczy Kampinoskiej

102km/21h 35min


… a mój drugi. Mam sentyment do Kampinosu, bo przed rokiem, po niepowodzeniu na Kieracie, tutaj miałem wspaniałe chwile: pierwsza ukończona setka, i to w dobrym czasie. No i najstarszy taki maraton w Polsce, czyli wypada być. I jeszcze to, że jest w sumie łatwy, po podanej trasie (choć z tą łatwością to też nie do końca)… Czytaj dalej

Stary kajakarz i Biebrza

Spływ Biebrzą z Goniądza do Wizny

Nad Biebrzę trzeba wyruszyć wcześnie, najlepiej koło trzeciej nad ranem. Jeszcze po ciemku przemykamy niezauważeni przez kapuściane zagłębie. Gdzieś tam rozpuszczona w nocnej gęstwinie jest Charsznica, a w niej uśpione kombajny do zbierania kapuchy, choć pierwsze poranne prądy już pewnie krążą im niespokojnie w obwodach. Liczę po drodze majaczące przy drodze rzędy kapusty i usypiam przy trzecim z kolei… Czytaj dalej

Konecka Setka

VII Supermaraton Pieszy na 100 km „Konecka setka”

100km/17h 10 min


Dwie pętle po 50km z bazą w Sielpi. Wstępny rekonesans nocną porą, a potem pogłębianie fascynacji ziemią konecką za dnia. Wystąpiła ścisła korelacja między fascynacją i rodzajem nawierzchni. Krzywa zachwytu opadała dramatycznie na długich asfaltowych przelotach, po czym pięła się mozolnie w górę na leśnych ścieżkach i duktach… Czytaj dalej

Chaotyczne manewry w dolinie Sanu

I Rajd Dolnego Sanu

71 km/15 h 35 min

Na Zimowy Rajd Pieszy wybierałem się najpierw, ale jakoś nie wyszło, a poniewczasie kiedy zajrzałem na strony napierających okazało się, że rajd odwołali, to i żałować za bardzo nie miałem czego. Z drugiej strony zacząłem już się martwić, że do Kierata tak daleko i brak po drodze jakiejś imprezy motywującej, no i wtedy trafiłem na zapowiedź Rajdu Dolnego Sanu. Nie dość, że niedaleko, to jeszcze potencjalnie łatwo, bo płasko. Grupka zbierała się kameralna (23 osoby w końcu były na liście, ale chyba tylko 21 wystartowało), trochę tylko zmartwiła mnie informacja, że około 40% trasy będzie szło asfaltami. No ale jadę. Start w piątek, do wyboru 20.00 albo 23.00. Najpierw myślałem o 23.00, bo wtedy mniej nocą bym zasuwał. Ale skorygowałem plany kiedy okazało się, że w sobotę od rana ma padać (tak też w końcu było). Ze strachu przed tym deszczem spakowałem się naprawdę ostro, do 30-l Salomona, w tym buty i w ogóle drugi komplet ciuchów. Ciężko. Wyjeżdżamy za późno i zdecydowanie nie najlepszym wariantem. Ale w drodze jestem dobrej myśli, przebieram się w samochodzie. Spóźniamy się pół godziny, ostatni kilometr jak na złość objazdami po Stalowej Woli. Wbiegam do bazy (szkoła) i widzę Huberta Pukę. Oczywiście nikogo już nie ma, ale udaje mi się wystartować, zostaję wpisany do grupy z 20.00. Pierwsze metry przez miasto, nic ciekawego. Mostem przez San, koniec Stalowej Woli, początek pól i wiatru. Dmucha zdrowo, no ale w końcu od czego są windstoppery. Asfaltem aż do Jastkowic, i dalej na Ludiańską Górę. W sam raz zaczął się las i podejście na PK1. Na dukcie leśnym mijają mnie napieracze z 20.00, nie jetem aż tak bardzo do tyłu, spotykam też Waldka, zamieniamy kilka słów i dalej – on już na 2, ja jeszcze po jedynkę. W okolicy jedynki kolejny rajdowiec, napieracz z Niska, biedzi się w poszukiwaniu punktu. Szukamy razem, trochę czasu marnuję na łażenie nie tu, gdzie trzeba, ale też pierwszy raz mam do czynienia z sytuacją, gdy punkt jest umieszczony na drzewie tak, że nie widać go z drogi (całe szczęście, że spotkałem tego gościa, było o tym na odprawie, na którą się spóźniłem). Wydaje mi się to wyjątkowo podstępnym pomysłem, więc pieczołowicie sprawdzam każde drzewa. Gdzieś po 20 min. znajdujemy punkt, spisanie kodu. Mam go o 23.04, 13km, więc w sumie jeszcze nie najgorzej. Ruszamy wspólnie na PK2. Kolega okazuje się biegaczem i to lepszym ode mnie (o co nietrudno), mimo to biegniemy spory kawałek. Jest nieźle, bo las. PK2 na przy kapliczce. 23.54; 18,5km, czyli 5,5km w 50 min., nieźle, ale wiem już, że raczej nie pobiegam dużo więcej. Na PK2 rozstajemy się. Kolega z Niska rusza biegiem dalej, ja maszeruję. Asfaltowy przelot na PK3 podłamuje mnie psychicznie, nudno i wieje. Żałuję, że jeszcze nie kupiłem mp3, bo wydaje mi się, że łatwiej byłoby to przetrwać słuchając czegokolwiek. Dodatkowo popełniam drugi błąd nawigacyjny, oczywiście zupełnie idiotyczny, machnąłem się za Brandwicą mijając ewidentne rozejście dróg, i nadrabiam jakieś 3 km w stronę Jastkowic i z powrotem. PK3 w fajnym miejscu, przy przepuście, na wale idącym wzdłuż Sanu. Mam go o 01.58 (25km) Z tego miejsca kawałek bardzo fajnej trasy wałem, wzdłuż Sanu. Przeskakuję na asfalt i próbuję nawigować na oko w celu wyjścia na ścieżkę rowerową, którą prowadzi droga na PK4, ale robię kolejny błąd nawigacyjny, złażę niepotrzebnie na Sudoły. Zaczyna się przeprawa przez łąki i pola wzdłuż Sanu, glina lepi się do butów kilogramami, ale wolę to niż asfalt. W końcu docieram do asfaltu na Zasaniu. Spody stóp dosyć mocno już tutaj mi doskwierają, reszta w miarę ok. Teraz jeden z najfajniejszych kawałków trasy: nocna przeprawa przez San mostem kolejowym. PK4 na filarze mostu po drugiej stronie rzeki, spotykam tu Waldka, który sączy piwo, co miało być na później. PK4 mam o 04.47 (36km) ale w rzeczywistości mam już nabite więcej. Ruszamy dalej wspólnie, ale po kilkuset metrach rozdzielamy się; Waldek zasuwa przez Nisko, ja w przypływie odwagi/lekkomyślności wybieram wariant przez pola z obejściem miasta. Wolę zaryzykować jednak pobłądzenie, niż kolejne kilometry asfaltem. Dziwnym trafem udaje mi się dość dobrze, przecinam szosę nr 19 w przyzwoitym miejscu i wychodzę na kościół w Racławicach. Skąd już długa prosta na PK5. Asfaltem, oczywiście. Za torami kolejowymi robi się szarówka a ja zastanawiam się, jak sprawdzi się prognoza pogody. PK5 w fajnym miejscu i aż prosi się, żeby siedział tutaj ktoś i palił w palenisku. Duża wiata, ławeczki, stoły. Przychodzi Waldek, za chwilę kolejny napieracz dosiada się na chwilę, i jeszcze jeden, ale ten tylko przemyka. No cóż, to są chyba ludzie z 23.00, nic wesołego. Tutaj już nie chciało mi się specjalnie iść dalej. Właśnie odkryłem, że okolice Stalowej Woli wcale mi się nie podobają. No ale jest dopiero 06.40 rano, nie chcę budzić Raciborowic i ściągać ekipy tak wcześnie. Zachętą do marszu jest bliskość PK6 i PK7, podejmuję więc decyzję, aby zasuwać dalej, załatwić siódemkę i zejść do Niska. Do szóstki nędza, wzdłuż torów i jakichś śmietników, Waldek dzwoni z informacją, że punkt jest po prawej stronie potoku i żeby nie zleźć na niego od lewej (co zrobił). PK6 w ładnym miejscu, znowu nad Sanem, wieje. Spisuję kod i dzwonię do Raciborowic. Umawiamy się w Nisku. Jest 9 rano, 50km nominalnie i w sumie mógłbym na upartego iść dalej, ale po prostu mi się nie chce. Dochodzę do kolejnego mostu kolejowego na Sanie, znowu fajnie, wcześniej spotykam Andrzeja Sochonia, wymieniamy kilka zdań i raźniej się zrobiło. Znowu żałuję, że nie mam MP3. Do PK7 zasuwam trochę naokoło, ale i tak nie najgorzej, bo dochodzę do niego chwilę przed napieraczami, co poszli wzdłuż Sanu. No i tu kończy się mój udział w Rajdzie, dzwonię do Huberta z informacją wstydliwą, że odpadam. Wychodzę na drogę nr 19, od jakiegoś czasu już siąpi. Bardzo nieprzyjemny kawałek teraz wzdłuż drogi w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do przeczekania, nic nie ma i nie jest lekko. Dochodzę do Niska, ani tu McDonalda, ani nic, nawet dworzec kolejowy zabity dechami, w końcu znajduję metę mało honorową, w Plusie, gdzie przysiadam sobie na ladach do pakowania zakupów i przysypiam koło godziny, mając wszystkich gdzieś. No a potem już same przyjemności, rodzinka, żurek, kiełbacha, herbata i buziak od Madzi.