Stary kajakarz i Biebrza

Spływ Biebrzą z Goniądza do Wizny

Nad Biebrzę trzeba wyruszyć wcześnie, najlepiej koło trzeciej nad ranem. Jeszcze po ciemku przemykamy niezauważeni przez kapuściane zagłębie. Gdzieś tam rozpuszczona w nocnej gęstwinie jest Charsznica, a w niej uśpione kombajny do zbierania kapuchy, choć pierwsze poranne prądy już pewnie krążą im niespokojnie w obwodach. Liczę po drodze majaczące przy drodze rzędy kapusty i usypiam przy trzecim z kolei… Poranek na stacji benzynowej, chyba już w Polsce B. Rozglądam się dookoła i także do mnie dociera myśl inspirująca wielu na przestrzeni wieków: płaski kraj, łatwy do podboju. Warszawa, wymanewrowana umiejętnie, zostaje z boku. Niech zatyka się w porannych korkach bez nas. Wyraźnie wjeżdżamy w teren dwuwymiarowy. Robi się płasko, płasko, płasko i od tego krajobrazu myśli też się spłaszczają do tego stopnia, że przez jakieś dwie godziny nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy. Ziemek buduje atmosferę Wielkiego Wjazdu w Okolicę Nadbiebrzańską. Ja na razie dostrzegam jedynie wyraźną zmianę w strukturze użytkowania. Znikają tereny zabudowane i grunty orne, zwiększa się udział łąk i pastwisk. Jest w końcu Biebrza. Krowy dwie. Drewniana wieża. Płasko. No fajnie. Następnego dnia Wielkie Wodowanie. To jest właśnie to: przeżycie w rodzaju „Pierwszy Raz w Życiu”, ze świadomością, że to tylko raz tak można. Oczywiście był tam kiedyś jakiś kajak, ale to było prawie jak pływanie w wannie, więc się nie liczy. Teraz to jest poważna sprawa, sprawa ekspedycyjna, ekstremalna i w ogóle będzie ciężko i wielu polegnie. Pozostając wiernym swoim podstawowym zasadom, podczas wodowania przede wszystkim dbam o swój wizerunek, kapelusz musi dobrze leżeć a spodenki nie mogą się zwijać, bo to zniekształca naturalnie piękny kształt moich ud. Że przy tym wszystkim nie poszliśmy na dno w pierwszych minutach, to jedynie świadczy o moich wrodzonych umiejętnościach wodniackich. Zupełnie poważnie zaczynam się zastanawiać, czy aby nie urodziłem się w kajaku. No i tak na delikatnej fali Biebrzy, wzburzonej fali entuzjazmu i sztormowej fali własnych pompatycznych rozmyślań z wagnerowskim podkładem, pokonuję pierwsze metry. Magda podchodzi do całej sytuacji dużo spokojniej, czego jednak wcale jej nie zazdroszczę. Płyniemy. Spływamy. Biebrza od samego początku nastawia się na współpracę, jest wyrozumiała i przymyka oko na to, co wyczyniamy, taktownie przemilczając nasze szalone manewry polegające z grubsza na machaniu wszystkim jednocześnie we wszystkie strony. Ponieważ wypracowanie kompromisu w sprawie podstawowych reguł obowiązujących na naszym kajaku zakończyło się spektakularnym fiaskiem, każde z nas zaczęło na własną rękę i z wielkim zapałem realizować własną koncepcję napędzania i nawigowania kajakiem. Biebrza meandruje i wdrażamy się w sztukę wchodzenia w zakręty, co wychodzi nam średnio raz na jakiś czas. Kolejne kilometry przynoszą fundamentalne odkrycia: nie trzeba się namachać, żeby płynąć; jakby nie spakować tobołów, to i tak kajak przechyli się na prawo; nie ma sensu tracić nerwów na próby wspólnego wiosłowania; na rzece chce się sikać jakby bardziej i częściej. No i odkrycie podstawowe : tyłek nie jest z betonu. I dalej: wszystkie ptaki wyglądają tak samo, ewentualnie można je podzielić na małe, takie sobie i wyraźnie duże, a z tych ostatnich – żurawie do znudzenia. Biały Grąd – ku mojemu rozczarowaniu – o tej porze roku nie jest samotną wyspą wśród rozlanych wód i bez problemu dojeżdżają tu na kąpiel miejscowe chłopaki. W nocy dookoła krążą jelenie i ryczą, a w namiocie obok chrapie Ziemek. Odgłosy mieszają się w mojej półśniącej głowie – może to jelenie chrapią na łące a Ziemek ryczy, albo jelenie śpią w namiocie a Ziemek łazi po łące i ryczy, ale co wtedy na to Dominika? Albo też – i to najpewniej – jelenie z Ziemkiem posiedziały trochę w namiocie, przysnęli, chrapnęli, po czym wszyscy poszli ryczeć na łące. W każdym razie namiot jak zwykle rozstawiłem na nierównym, potwierdza to prawidłowość, że im staranniej wybieram miejsce, tym bardziej nierówne znajduję. Wszystko to podważa moje przekonanie, że jest tu całkowicie i bezwarunkowo płasko. Trzeci wymiar przestrzeni wyraźnie wbija mi się pod żebra. Kolejnego dnia wymiatamy jak starzy wyjadacze paprykarzu na ekstremalnych spływach kajakowych po syberyjskiej tajdze. Rzeka ciągle spokojna i bez niespodzianek, możemy szaleć: żadnych skrzyżowań, ruch wyraźnie jednokierunkowy. Do Brzostowa docieramy w chwili kumulacji popołudniowej sielanki. Kiełbasa z ogniska. Rano przez nisko leżącą mgłę przebijają się stada krów, przechodzą (przepływają?) przez bród i znikają na drugim brzegu w białym kłębowisku wilgoci, porykują potem gdzieś w oddali, a następne w tym czasie już forsują rzekę, i tak aż do wyczerpania zapasu krów w okolicznych oborach. Organizacyjnie zajmują się wszystkim miejscowe kundle przeciętnej urody i wielkiej energii. Trzeciego dnia dopływamy do ujścia Biebrzy do Narwi. Hydrografia staje się tutaj poważna, zwłaszcza oglądana z perspektywy kajaka, który robi się w tych okolicznościach jakby mniejszy. Narew to już jest jednak rzeka szeroka i – obawiam się – także głęboka. Pod mostem w Wiźnie, po trzech dniach spływu, wysiadam z przeświadczeniem, że kajakarstwo nizinne to moje przeznaczenie. Oczami wyobraźni widzę już mały garaż na osiedlu, a w nim kolekcja kajaków: ten na wyprawy krótsze, ten na dłuższe, oczywiście na wyprawy wiosenne, letnie i jesienne, no i ten najbardziej wypasiony, z ogrzewaniem podłogowym – na wypady zimowe. Taki ze mnie Maxi Kaz.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *