Roczne archiwum: 2009

I Jurajskie Mrozy

Olkusz-Golczowice-Ryczów-Rodaki-Klucze-Olkusz

Czyli dwóch wśród nocnej ciszy w (prawie) najdłuższą i (nieomal) najmroźniejszą noc w roku. Solidnie opatuleni, ruszyliśmy z Konradem ze Słowików tuż po 22.  Mróz trzymał, choć, ku mojemu sporemu rozczarowaniu, wydawał się jakoś mniejszy niż noc wcześniej (myśleliśmy, że jest poniżej 10, ale rano okazało się, że przed ósmą jest 13 na minusie, więc spokojnie było 15. Chyba). Nocne przemierzanie Jury. Szybko do Jaroszowca, do Golczowic, do Ryczowa, trochę gubienia szlaku w rejonie Ruskich Gór, dalej na Żelazko i Rodaki. Przez pola do Chechła, skrajem pustyni Błędowskiej do Klucz, gdzie spore zdziwienie, bo w niedzielę o 6 rano duży ruch na drodze i otwarty sklep spożywczy. Asfaltem przez Klucze i potem już jak strzelił na Rabsztyn. Ciemno. O 6.30 rano ciemno tak samo jak o 2 w nocy. Monotonnie i transowo. Od Golczowic śnieg. Grube płaty śmigały dookoła, a potem skrzyły się i skrzypiały pod nogami. W tej scenerii nawet asfalty zrobiły się bardziej przyjazne – pokryły się grubą warstwą amortyzującego białego.


I Jurajskie Mrozy w skrócie:

Całkowity dystans:
45,13 km
Średnia prędkość:
4,6 km/h
Całkowity czas:
9:48 h
Czas postoju:
0:31 h
Przewyższenia:+489,9/-502 m
Pogoda:Mróz, ale bez przesady. od północy śnieg z różnym natężeniem.
Sprzęt:
Asicsy Moriko II gtx, spodnie Salewy, koszulka termo HM z dlugim, polar, kominiarka Lafumy. Plecak: Raidlight 20l z kieszenią z przodu. Jedzenie: Zabrałem do Sigga gorącą wodę z sokiem. Sprawdza się, ale ustnik trzeba nieść w kieszeni, żeby nie zamarzł. Herbata od Konrada, sam zabrałem termos 1/2l, nawet nie ruszyłem. bułka, trzy albo cztery konradowe kabanosy, pół ww, dwa sezamki.

I Jurajskie mrozy na mapie:


Droga na Południe

Korsyka

Droga prowadzi przez Alpy. Niegdyś dużo trudniej było przedostać się na Tamtą Stronę. Dziś słoneczny i ciepły Świat Południa od mrocznego i zimnego Świata Północy oddziela zaledwie kilkanaście serpentyn i może tuzin tuneli. Kiedy wyjeżdżamy na włoskie niziny czuję się jak potomek barbarzyńców, którzy z dzikim rykiem spadali z gór na spokojne, dobrze utuczone wioski i miasteczka pełne leniwych, sytych tubylców. I tak z błyskiem w oku przecinamy Włochy, wzdłuż zapchanej przez tiry autostrady i w poprzek zmieniających się italskich krajobrazów. Na początek płasko i prosto, potem impet naszego diesla wytraca się na pierwszych wzgórzach Toskanii. Droga znowu staje się kręta i zaczyna uciekać tunelami w głąb gór. Nie ma czasu na kontemplację toskańskich krajobrazów, ale kątem oka, trochę mimo woli i wbrew trosce o bezpieczeństwo na drodze, notuję jakieś strzępy informacji. Pojedyncze, mocno okrojone i chaotyczne migawki czegoś łagodnego, ciepłego i przyjaznego, co rozciąga się wszerz i wzdłuż krainy, którą przemierzamy w jesienne, pogodne popołudnie.

Czytaj dalej

Wielka Próba

Pętla w Sudetach. VI Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, 140 km/47 h 43 min

Zaczęło się od podejmowania decyzji. Jechać czy nie jechać? Studia nad prognozami pogody, bo może jednak będzie lało, a wtedy wymówka gotowa. Różne zresztą tłumaczenia. Że nie warto, bo masa kasy wyjdzie na przejazd i godną kwaterę dla Madzi. Że Łuczko przeszedł w zeszłym roku i w ogóle nic specjalnego z tego powodu nie czuł. Co pomogło w decyzji na tak? Rozmowa z Magdą jakieś dwa dni przed. Chęć integracji z Konradem, bo mi głupio, że tyle razy na coś tam mogliśmy się umówić i nigdy nic z tego nie wychodziło. No i prognoza pogody, która nie pozostawiała złudzeń: będzie ładnie. Trochę przypominało mi to wiosennego, niedoszłego Harpagana i zastanawiałem się, co rypnie, co się takiego wydarzy tuż przed startem, że nie będę mógł ruszyć. Ale nie wydarzyło się nic. A potem już tylko Przejście.

Czytaj dalej

Radziejowa nocną porą

Szczawnica-Dzwonkówka-Przehyba-Radziejowa-Wielki Rogacz-Jaworki-Szczawnica

Warunki pogodowe zapowiadano zmienne, jeszcze w piątek deszcze i ciężkie chmury niespokojnie krążyły mi nad głową, generalnie bardziej miętki ktoś zaplanowałby weekend w domowych pieleszach, no ale nie ja, to znaczy: nie ja w twardym wydaniu. Coś mi służy i nie wiem co to jest, może o jesień chodzi czy coś, w każdym razie, zupełnie niezrażony, zaplanowałem wyjazd w celu podboju Radziejowej i Wysokiej, czyli dwóch kolejnych szczytów do korony Beskidów. Przy okazji miałem wypróbować nowy zakup: śpiwór puchowy Cumulusa plus płachta biwakowa JW, ale z tego akurat kicha wyszła, bo Cumulus nawalił, kurier nawalił, generalnie nawaliło wszystko oprócz mojej determinacji i w efekcie tydzień po wyjeździe dalej czekam na ten śpiwór i nic. Tak czy siak, w sobotę leje od rana, ale ja twardy jestem i obstaję przy prognozie, że się po południu wypogodzi. No i warto było wykazać się uporem. Zaczęło się wypogadzać, ja do samochodu po 14 -stej i dalej na Szczawnicę. Trasa pusta, wyluzowałem się jak rzadko za kierownicą i sunę w stronę gór, co spowite jesiennymi klimatami, pod niebem błękitno-ostrym, z chmurzyskami przeganianymi wiatrem, już na mnie czekały. Czytaj dalej

Do trzech razy sztuka

VII Międzynarodowy Ekstremalny Maraton na Orientację KIERAT 2009

102 km/25 h 52 min


Można by powiedzieć: no i znowu to samo. Limanowa, Siwy Brzeg, godzina 18.  W pewnym sensie – obchodzę urodziny. Na torcie mogę postawić dwie świeczki: właśnie kończę pierwsze dwa lata swojego życia rajdowego. Ale nic z tego. Zamiast tortu w plecaku w równym rządku czekają na swoją kolej wszystkie batony świata. Młody jestem, jak z tego wynika, więc i wyluzowany: robię głupie miny do Madzi, która tylko kiwa z politowaniem głową i trzaska pamiątkowe zdjęcia. Ale zaraz poważnieję. Za chwilę Kierat Numer Trzy. Ten Kierat. Najbliższe godziny będą decydujące, przełomowe i absolutnie niepowtarzalne, bo albo ja w końcu Jego, albo On znowu mnie. Sprawa jest poważna, adekwatny do tego byłby może Wagner, puszczony z wieży limanowskiego kościoła. Patrzę po towarzystwie wokół, no chyba tylko ja mam takie poważne przemyślenia. Niech będzie, jakoś pogodzę się z myślą, że Mój Kierat jest zdecydowanie najważniejszą sprawą z wszystkich, obecnych tu dookoła, prawie czterystu spraw i sprawunek. I tak, nieskromnie zupełnie stojąc na limanowskim bruku, czekam cierpliwie na koniec nostalgicznej opowieści o walorach edukacji w limanowskich szkołach, którą ku wielkiemu zainteresowaniu wszystkich snuje burmistrz czy  może jakiś inny ważny oficjel. No skończył już. Startuję. Wdzięcznym łukiem wchodzę jeszcze w kadr aparatu, po czym daję się porwać rzece napieraczy… Czytaj dalej