Radziejowa nocną porą

Szczawnica-Dzwonkówka-Przehyba-Radziejowa-Wielki Rogacz-Jaworki-Szczawnica

Warunki pogodowe zapowiadano zmienne, jeszcze w piątek deszcze i ciężkie chmury niespokojnie krążyły mi nad głową, generalnie bardziej miętki ktoś zaplanowałby weekend w domowych pieleszach, no ale nie ja, to znaczy: nie ja w twardym wydaniu. Coś mi służy i nie wiem co to jest, może o jesień chodzi czy coś, w każdym razie, zupełnie niezrażony, zaplanowałem wyjazd w celu podboju Radziejowej i Wysokiej, czyli dwóch kolejnych szczytów do korony Beskidów. Przy okazji miałem wypróbować nowy zakup: śpiwór puchowy Cumulusa plus płachta biwakowa JW, ale z tego akurat kicha wyszła, bo Cumulus nawalił, kurier nawalił, generalnie nawaliło wszystko oprócz mojej determinacji i w efekcie tydzień po wyjeździe dalej czekam na ten śpiwór i nic. Tak czy siak, w sobotę leje od rana, ale ja twardy jestem i obstaję przy prognozie, że się po południu wypogodzi. No i warto było wykazać się uporem. Zaczęło się wypogadzać, ja do samochodu po 14 -stej i dalej na Szczawnicę. Trasa pusta, wyluzowałem się jak rzadko za kierownicą i sunę w stronę gór, co spowite jesiennymi klimatami, pod niebem błękitno-ostrym, z chmurzyskami przeganianymi wiatrem, już na mnie czekały.

W Szczawnicy trochę mnie zmierziło, fakty takie, że tłok, dziczka i kurort. Zaparkowałem jednak w miarę sprawnie, wykonując ze stoickim spokojem serię skomplikowanych manewrów pomiędzy autobusami. Za przyjemność zaparkowania na noc zapłaciłem 22 złote i to była podobno cena z rabatem. Spakowałem się gorączkowo, wkurzony odpustową atmosferą panującą dookoła, i dalej w drogę.  Po drodze jeszcze jakaś impreza folklorystyczna z nagłośnieniem i z wykorzystaniem dzieci, wszystko to muszę jakoś ominąć, ale prę dzielnie, przed siebie, roztrącając na boki podchmielonych tatusiów.

Trzeba było przejść trochę więcej, niż zwykle, żeby w ogóle zauważyć, że jest się w górach. Początkowo hałas uzdrowiska skutecznie zagłusza wszelkie doznania. Idę w górę, oddalając się od tego syfu, i coś się w końcu pojawia. Jakiś  pojedynczy podmuch, zapach, coś tam, coraz więcej tego się robi, odgłos Szczawnicy coraz bardziej w tle, aż w końcu, za którymś krokiem kolejnym i na którymś kolejnym metrze, już jestem w górach. Rundka dookoła Bryjarki, w pola nad Szczawnicą. Pieniny za mną, ale nieciekawie oświetlone o tej porze, bo przednie światło. Docieram do Bereśnika w niewiele ponad pół godziny, z Madzią w grudniu 2007 chyba cokolwiek dłużej było.

Na Bereśniku spokój, cisza i miło byłoby posiedzieć przy herbacie, ale chcę dojść na Przehybę przed zmrokiem i przed zamknięciem bufetu, więc biorę tylko pieczątki, patrząc na odchodnym tęsknie w otwarte okno pokoju, w którym spaliśmy ongiś. Teraz baaaardzo miły kawałek szlaku aż do Dzwonkówki: piękny las bukowy, małe, zarastające polanki, na jednej z  nich malownicza, opuszczona chałupka, wszystko tonie w ciepłych promieniach zachodzącego słońca.

Liście  jeszcze zielone wszędzie, ale światło, niebo i powietrze – już jesień. Na Dzwonkówce łapię szlak czerwony, z rozrzewnieniem myślę sobie o nim, bo to przecie główny beskidzki, i w dół na Przysłop. Nad osiedlem Skałka piętrzy się jak bastion okrutny i niedostępny, ale na świeżaka jeszcze idę i nic mi nie straszne. Maszt na Przehybie widać dobrze, już światła na noc włączyli, wszystko wydaje się być dość niedaleko. Na lewo, czyli gdzieś tam na północ od głównego grzbietu, odchodzą fajne jakieś, postrzępione i odkryte, z łąkami, grzbiety, aż się prosi posiedzieć tam i podumać, no ale dziś inne priorytety. Sunę dalej. W jakieś stado baranów się jeszcze pakuję, bacy na wszelki wypadek dzień dobry, co by mnie kijem do obory nie zagonił, i dalej. Wciąż jeszcze w dół, w dół, w dół, i ciemno się robi, ale ciągle myślę, że za światła dziennego, jakiegoś tam, ale jednak, do schroniska dotrę, i żeby tylko bufetu nie zamknęli, czyli do 20 by się przydało. W końcu zaczyna się podejście. Po omacku już  zasuwałem, bo się noc prawie zrobiła, a ja dalej niby twardziel, w końcu jednak spasowałem i wyciągnąłem czołówkę, raczej dobrze zrobiłem, bo zaraz był ciąg wrednych kałuż. No to idę. Trochę się to wszystko przedłuża i już mam poważne wątpliwości, co będzie z bufetem.

Ale spoko, jest wieża, oświetlony sodowymi lampami industrial na wysokości 1100 coś tam, jest i schronisko. Po ciemku trudno mi raczej ocenić wygląd i nie wiem, czy ładne to czy brzydkie. Wygląda wszystko dookoła dość spokojnie, tylko jakaś dziatwa siedzi przy ognisku gdzieś dalej i wydaje standardowe odgłosy. W środku na jadalni para z dużymi plecakami, okienka pozamykane, bufet do 20, ale ostro się dobijam i jest efekt, robi się miło: dostaję herbatę i mnóstwo zupy pomidorowej, bardzo dobrej, lubię Prehybę od tej chwili. Siedzę chwilę, posiedziałbym może i dłużej, ale już znerwicowany jestem, że zaraz zamkną i ogólnie trzeba iść. Koniec sjesty. Na zewnątrz już noc, ruszam dalej, Radziejowa, jak sobie wyliczam, będzie piątą z kolei górką. Tak sobie wyliczam na wypadek, jakbym miał ją niechcący minąć, bo w pamięci mam wałowaty widok pasma z Małych Pienin. No i tu pomyłka, bo za czwartą górką schodząc przez jakiś zrąb widzę przed sobą całkiem pokaźną kopę z czymś, co wygląda jak wieża widokowa. Od schroniska generalnie wrzucam na luz i skupiam się na ciężkich przemyśleniach na temat tego, co ja tu robię. Dochodzę do stwierdzenia o bezsensie snucia się po górach nocą w celach nierajdowo-sportowych. A teraz wyłania się ta Radziejowa, wszystko widać dobrze, bo cały czas towarzyszy mi księżyc w pełni, który momentami nawet oślepia, bo idę prosto na niego teraz, na wschód. No więc widzę sobie tą Radziejową i pierwsze zdziwienie, że taka pokaźna, zgoła zupełnie inna niż sobie wyobrażałem, i zaraz drugie, z tą wieżą, a że wieże uwielbiam, to od razu radocha i zapominam chwilowo o wynikach przemyśleń. Zaraz oczywiście smutek, że kurde śpiwór nie doszedł, bo byłoby fajne spanie, ale trudno. Telefon do Madzi i naprzód. Na odkrytym podejściu widoki na Kotlinę Sądecką nocną porą, tak jak lubię, czyli milion drgających światełek. Mijam samotną mogiłę miłośnika gór nazwiskiem Baran, który zszedł był w tym miejscu w wieku 55 lat, i szturm. Raczej bezproblemowo.

Na szczycie Radziejowej najważniejsza jest oczywiście wieża. Do tego jakiś bajzel z tablicami, pomnikami i tego typu duperelami, ale wieża. Dokładnie taka, jak na Mogielicy. Więc w górę. Cudnie, bo w duchu miałem taką cichą nadzieję, że może jakąś wieżę na najwyższym szczycie Sądeckiego postawili. Nie ta sama góra: kiedyś w ogóle nie było tu po co przychodzić, a teraz-cudo. Nocne widoki, głównie w zakresie światełek w dole, gdzieś tam pewnie Tatry, no ale nie w nocy do podziwiania. Wiucha niesamowicie, konstrukcja wieży skrzypi, ale  całość kiwa się umiarkowanie. W górze księżyc w pełni, chmury śmigają jak odrzutowce. Myślę przez chwilę, czy by się nie rozłożyć, ale rozsądnie dochodzę do wniosku, że sama płachta i ciuchy nie wystarczą i po godzinie tutaj zamarznę. Dumam jeszcze przez chwilę i w dół. W sumie tutaj już podjąłem decyzję, że rezygnuję z nocnego przemarszu na Wysoką, bo to nudne, i złażę do Jaworek.

bitwa pod grunwaldem

Do Rogacza najpierw stromo w dół i po kamieniach, niemiło. Zaraz czerwony odchodzi na Rytro, całkiem niedaleko, no ale mam samochód w Szczawnicy. Jakieś tam ścieżki za Rogaczem, trochę zniecierpliwiony jestem, bo już chciałbym być na halach, co jakoś mi się kojarzą na zejściu do Jaworek. W końcu są, ale jakieś takie mniejsze od tych, które pamiętam (mgliście) z liceum chyba, kiedy to nocowałem tu w wypasionym namiocie  5kg, z tropikiem w motywy moro. Zaraz będę w Jaworkach i skończy się w sumie wędrówka po górach, więc siadam jeszcze na dłuższy popas na łące, wyjadając zapasy i kontemplując nocne widoki Małych Pienin. Ostatni kawałek do Szczawnicy asfaltem, przeleciał dość szybko, oczywiście zupełnie nie potwierdziło się moje wyobrażenie o nocnym życiu wsi polskiej, kilku pięknych 20-letnich śmignęło mi koło tyłka wypasionych brykach z halogenami. Ale nic to. Jeszcze posiedziałem w samochodzie słuchając odgłosów nocnej Szczawnicy –  i o tej porze było naprawdę miło: wiaterek, szum potoku i drzew, puszczyk, i w drogę. Kolejne zdziwienie: natężenie ruch na drogach w niedzielę o czwartej nad ranem. Najwyraźniej naród bawi się ostro do białego rana z byle powodu. I tyle. Kolejne miejsce zostało zaludnione (?) wspomnieniami, czyli zamemberowane.


Radziejowa nocną porą w skrócie:

Szlaki: żółty od Szczawnicy do Dzwonkówki super. Jest wszystko: odkryte kawałki z widokami na Pieniny, Tatry itp., fajne schronisko, piękny las, w nim urocze polanki. Czerwony od Dzwonkówki do Radziejowej bez fajerwerków, w porównaniu z żółtym. Malowniczy jest widok spod Dzwonkówki na Przysłop w dole i wał Skałki nad nim wyrastający. Intrygująco wyglądają odkryte grzbiety odchodzące na północ (sprawdziłem: Bucznik, krótki, ale wyjątkowej urody grzbiecik). Potem las i las, spod triangula na Skałce raczej nie za wiele zobaczyć można, potem las i las aż do wyjścia na za Złomistym skąd wiu na Radziejową, z przełączki pomiędzy Złomistym a Radziejową wiu na Kotlinę Sądecką, czad, no i potem Radziejowa. Z zejścia, ze zrębów bardzo rozległych za dnia mogą być bardzo ciekaw widoki na Pieniny.

Całkowity dystans:
34 km
Średnia prędkość:
3,6 km/h
Całkowity czas:
9:21 h
Czas postoju:
2:06 h
Przewyższenia:+1 187,7/-1 184,4 m
Pogoda:Co tu dużo gadać. Jesień panie idzie, jesień...
Sprzęt:
Zapakowałem się w TNF Skareb
1. jedzenie: dwie bułki, dwa banany, dwa snickersy, dwie paczki ciasteczek go, kabanos, mały termos z herbatą, SIGG z systemem hydration,
2. ciuchy: bluza, nogawki do salew, podkoszulek, dobsomy, czapka, skarpety, kurtka gore, windsopper
3. reszta: ponczo lafuma, płachta JW, zestaw ratunkowy, aparat

W sumie wypchałem plecak gdzieś w 80%. Można by sensowniej to upakować: ciuchy-jedzenie-ciuchy(biwak). Faktem jest, że Skareb fajnie wygląda po niemal kompletnym wypełnieniu. Pewnie bukłak zająłby mniej miejsca niż butelka, ale boję się ze względu na niepewny system montażu. Nie wiem, czy zmieściłbym jeszcze śpiwór. Alumatę na zewnątrz bez problemu, zresztą płachtę można bardziej skompresować i też przytroczyć na zewnątrz. Nie wykorzystałem też do końca pojemności kieszeni, ale też do końca nie mam pomysłu, co tam pchać, żeby było optymalnie. Kurtki nie użyłem, bluzy, skarpet, podkoszulka. przy takiej pogodzie, tzn min. koło 10 st. i bez deszczu, nie ma chyba sensu zabierać kurtki, jak już jest windstopper. Cały czas szedłem w bluzie no name MountX, wrażenia średnie, mam wrażenie, że ta decathlonowska jakaś jest fajniejsza, choć tutaj warunki były specyficzne: praktycznie cały czas wiało. Najbardziej jednak zmartwił mnie plecak: potwierdziły się problemy z obcieraniem pasa biodrowego: nie odczuwalne bardzo w trakcie marszu, ale w domu na plecach nad tyłkiem niestety widoczne. Cholera wie, jak go nosić: jak dam wyżej, to górna część leci za wysoko. Jakoś konstrukcyjnie pode mnie system nośny nie jest skonstruowany.

Szedłem w tej bluzie (bez podkoszulka) i w salewach, z odpiętymi nogawkami. Chwilami dół trochę marzł, ale nie chciało mi się wyciągać nogawek. Asicsy, stuptuty raidlighta (raczej potrzebne), skarpety salomona. Gore w butach trzyma. Buty ok, choć już są po 300 km. Dość dobrze na każdej suchej nawierzchni, źle robi się dopiero na błocie-nie trzymają.Tradycyjnie w nich problem z drugimi palcami, dystatans teraz za mały, ale byłyby odciski/obtarcia na dłuższej trasie. Nie smarowałem się, ale spoko, bo chłodno i mniej się pociłem, brak obtarć.
Co poszło: z zapasów: trochę herbaty, dwie kanapki (jedna w samochodzie po zejściu), banan, snickers, paczka ciasteczek Go, kabanos. Picia z butelki (rozcieńczona lemoniada) około połowy.W schronisku zupy talerz porządny z makaronem plus herbata. Starczyłaby więc w sumie połowa tego, co zabrałem, pod warunkiem, że jest schronisko z zupą.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *