Wielka Próba

Pętla w Sudetach. VI Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, 140 km/47 h 43 min

Zaczęło się od podejmowania decyzji. Jechać czy nie jechać? Studia nad prognozami pogody, bo może jednak będzie lało, a wtedy wymówka gotowa. Różne zresztą tłumaczenia. Że nie warto, bo masa kasy wyjdzie na przejazd i godną kwaterę dla Madzi. Że Łuczko przeszedł w zeszłym roku i w ogóle nic specjalnego z tego powodu nie czuł. Co pomogło w decyzji na tak? Rozmowa z Magdą jakieś dwa dni przed. Chęć integracji z Konradem, bo mi głupio, że tyle razy na coś tam mogliśmy się umówić i nigdy nic z tego nie wychodziło. No i prognoza pogody, która nie pozostawiała złudzeń: będzie ładnie. Trochę przypominało mi to wiosennego, niedoszłego Harpagana i zastanawiałem się, co rypnie, co się takiego wydarzy tuż przed startem, że nie będę mógł ruszyć. Ale nie wydarzyło się nic. A potem już tylko Przejście.

Cel numer 1: przejść grzbiet Karkonoszy w gwiaździstą noc

…mając u stóp rozświetloną tysiącami migoczących światełek Kotlinę. Nie po beskidzku jakoś to wszystko wygląda: schronisko na Szrenicy sterczy jak oświetlony klocek, potem fajnie, płasko, mam to, czego chciałem. W Odrodzeniu dla odmiany deliryczna atmosfera, podtrzymywana przez jakąś naćpaną wycieczkę szkolną. Fragment przed Równią dłuży się bardzo, to jest ten kawałek, kiedy niepotrzebnie wyrwałem się z transu marszowego i zbyt często zacząłem spoglądać na zegarek: czas od razu zaczął płynąć wolniej. Zniecierpliwienie. Powinno przecież już być. No i jest. Schronisko na Równi. Wrażenie zupełnie odmienne od dwóch wcześniejszych. Miło, ciepło, jasno, dużo uśmiechów. Bardzo dobre miejsce. Szturm Śnieżki, jakoś szybko, to jednak nie są Beskidy, a już na pewno nie Wyspowy.

Cel numer 2: nocna panorama ze Śnieżki

Zwieńczenie nocnej wędrówki grzbietowej. Trochę nie tak, jak miało być, przez tych kilka godzin noc zdążyła mi się opatrzeć, zamiast romantycznego posiadu uwinąłem się szybko, schronisko, pieczątka, zadrutowany taras, w ciemności majaczą jakieś niewyraźne kształty, tłoczno od nich na szczycie, zbieram się na dół. Trochę obawiałem się tego ostatniego kawałka Karkonoszy, miałem jakiejś mgliste wspomnienia z Kowarskiego Grzbietu, że było tam nudno i mętnie. Nie sprawdziło się: Kowarski umyka szybko, jedynie dość upierdliwe zejście na Okraj. Schronisko otwarte i zapchane. Usiadłbym, ale nie ma za bardzo miejsca i nie mam ochoty integrować się w ścisku. Przysiadam na zewnątrz, zimno, więc po chwili ruszam dalej. Kawałek znajomego asfaltu, jakże pięknie musiałem wyglądać, wjeżdżając tu rowerem z Kowar, jakiś rok temu to było. Chwila zadumy i w dół na Kowarską Przełęcz.

Cel nr 3: rudawskie wspomnienia

Na Kowarskiej opuściły mnie wszelkie lęki i obawy i wrzuciłem na luz. Karkonosze był już za mną, przede mną Rudawy, które znam i lubię. No i na Kowarskiej wstał dla mnie dzień. Trasa przez Rudawy w sumie dość monotonna, ale cieszą pierwsze godziny dnia i generalnie jest miło. Zamek Bolczów – trochę szkoda, że tak go beznamiętnie minąłem, ale wytłumaczyłem sobie, że już przecież tyle razy tu byłem. Sklep w Janowicach, przepak, robi się ciepło. Wariant dojścia na Różankę niekoniecznie po szlaku, za to w sporych chaszczorach i prosto na punkt. Spożyłem kultowy makaron i prawdę mówiąc, trochę byłem rozczarowany. Dobry, ale bez przesady. Herbata też dobra, ale nie kieratowska. No, ale jak na co dzień ma się do czynienia z kuchnią Madzi, to jest się wybrednym. Różanka okazała się dobrym miejscem na rozmyślania. Patrzyłem na Kaczawy i trawiłem mieszane uczucia. Nigdy tu nie byłem, a zawsze chciałem być. Pamiętam te godziny spędzone nad mapą Gór Kaczawskich, planowanie trasy po szlaku E-B, to był kiedyś prawie koniec świata. Zeszło mi trochę, żeby w końcu tutaj trafić. Nie ma co się wygłupiać, trza iść.

Cel nr 4: obejrzeć sobie Kaczawy

Są zaskoczenia: łąki w okolicy Barańca rozłożyły mnie zupełnie, jest pięknie, potem jakieś miłe miejsca na granicy lasów i pól, znowu wielkie łąki tuż przed Przełęczą Widok, widać stąd szmat Karkonoszy i Rudaw, pierwszy raz kontempluję sobie to, co już przeszedłem i jestem pod wrażeniem: naprawdę sporo tego. Od Widoku przeszedł mi zachwyt Kaczawami, jakiś asfalt najpierw dłuży się okrutnie, a trasa przez Okole trochę rozczarowuje ciekawie robi się dopiero na wielkich łąkach nad Chrośnicą, odpoczywam pod starym kościołem, fajne klimaty. Na podejściu na Szybowcową złapał mnie zmrok. Droga dłuży się coraz bardziej. Po drodze podczepiam się do dwóch gości, którzy znają trasę i holują mnie na Szybowcową. Na Szybowcowej rozczarowanie: zimno, wieje i nie ma się gdzie schronić. Liczyłem na to, że tutaj odpocznę, ale nic z tego. Ruszyłem w dół myśląc o skrócie do Jeżowa i o tym, jak bardzo nie chce mi się go szukać i jak bardzo nie chce mi się iść asfaltem. Na szczęście wpadam w ciemności  znowu na tych samych gości. Znają teren, więc z ulgą wyłączam myślenie i popadam w błogie otępienie. Na skraju Jeżowa dziękuję dziękuję za pomoc i padam przy starym cmentarzu. Czas na kryzys. W takich momentach z reguły pojawiała się zawsze pokusa: zadzwonić po Magdę i zrezygnować, ale tu się nie da. Sytuację miałem komfortową: śpiwór, płachta, jedzenie, picie, mogłem zanocować gdziekolwiek. Rozłożyłem się na macie, dwa glukardiamidy, jakieś coś do jedzenia jeszcze i spokojnie przeczekuję kryzys. Trwało to wszystko może pół godziny, ale doświadczenie było bezcenne. A więc można spokojnie, bez paniki i załamki przeżyć coś takiego. Ruszyłem do wsi, żeby znaleźć jakieś lepsze miejsce do przespania się. Jest szkolne boisko. Cokolwiek lepiej, niż cmentarz.

Cel nr 5: igraszki sprzętowe, czyli sprawdzić zestaw biwakowy śpiwór-płachta

W tym stanie nie ma znaczenia, że trochę nierówno i nowe miejsce. Koło 23 wieczorem włażę do środka i zasypiam, po dwóch aspirynach. Spanie przerywane, ale dobre. Koło czwartej rano budzi mnie pies, i bardzo dobrze, bo wymarsz przed piątą dał mi możliwość skończenia Przejścia. Byłem zdziwiony: nie ma zakwasów, nic nie boli, w sumie jakbym ruszał na świeżaka. Szarówka wita mnie w lesie między Jeżowem i Perłą Zachodu, po kilku godzinach spania i przy świetle bez problemu schodzę do Perły, po drodze dołącza gość, z którym będę już szedł do końca, (rzecz niespotykana – rzadki typ człowieka, co mnie w ogóle nie denerwował, a łatwo mnie zdenerwować). Zaczęliśmy przygodę z Komorzycą, przekombinowałem jak zwykle zdrowo, ale i tak nie było najgorzej. Zacząłem przy okazji nieco lepiej rozumieć pewne wątki z forum Przejścia. Zejście do Wojcieszyc, stąd znowu znakowanym szlakiem, euforia przedwczesna i zupełnie nieuzasadniona, gubię się na szlaku, zeszliśmy niepotrzebnie do jakiejś wsi, potem znowu do góry i łapanie szlaku tuż przed Bobrowymi Skałami. No i dalej.

Cel nr 6: ukończyć całość?

Górzyniec. Weszliśmy w Izerskie. Obawy. Co to będzie? Szturm na Zakręt Śmierci wyczerpujący, ale sprawny. Dalej już łatwiej. Na Wysokim Kamieniu wyraźne zmęczenie. Ale stąd szliśmy już w większej ekipie, na szczęście. Sam – mógłbym mieć problemy. Na Wysokim jest chyba ładnie, popołudnie niedzielne, piękna pogoda, ciepło, widoki, ale byłem już zbyt zmęczony, żeby to wszystko jakoś zaobserwować. Szarlotka i herbata – to  pamiętam z miłych rzeczy. Równo po grzbiecie do kopalni Stanisław. Stąd asfalt. W przeczuciu nadchodzącego kryzysu rozpocząłem pogawędkę, sam się sobie dziwię, ale chcę dojść i użyję w tym celu wszystkich metod, nawet gadania z nieznajomym, nawet z własnej inicjatywy. Idzie jakoś ten asfalt do Jakuszyc, ale to jest nic w porównaniu z asfaltem od Jakuszyc. Mordęga i nuda. Ale z każdym krokiem nabieram pewności, że skończę. To daje pewność siebie i spokój na ostatnie kilometry. Trzymam się grupy w obawie przed  kultowym Przedziałem, który okazuje się być banalnie łatwy, nie są to jakieś dzikie warianty z marszów na orientację. Idzie tak łatwo, że robię się podejrzliwy i sieję małą panikę, na szczęście nikt nie bierze mnie na poważnie i schodzimy konsekwentnie i – jak się okazuje, tak jak trzeba. Nie ma się już w sumie do czego spieszyć. Można iść powoli ten ostatni kilometr-dwa, odsapnąć i jakkolwiek to nie zabrzmi, delektować się ostatnimi chwilami Przejścia, które przecież za chwilę się po prostu skończy. Ta końcówka była najprzyjemniejsza. Na mecie uśmiechnięty Konrad, z reklamówką z kefirem i czymś tam do jedzenie, to mnie na sam koniec rozwaliło zupełnie.

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *