Droga na Południe

Korsyka

Droga prowadzi przez Alpy. Niegdyś dużo trudniej było przedostać się na Tamtą Stronę. Dziś słoneczny i ciepły Świat Południa od mrocznego i zimnego Świata Północy oddziela zaledwie kilkanaście serpentyn i może tuzin tuneli. Kiedy wyjeżdżamy na włoskie niziny czuję się jak potomek barbarzyńców, którzy z dzikim rykiem spadali z gór na spokojne, dobrze utuczone wioski i miasteczka pełne leniwych, sytych tubylców. I tak z błyskiem w oku przecinamy Włochy, wzdłuż zapchanej przez tiry autostrady i w poprzek zmieniających się italskich krajobrazów. Na początek płasko i prosto, potem impet naszego diesla wytraca się na pierwszych wzgórzach Toskanii. Droga znowu staje się kręta i zaczyna uciekać tunelami w głąb gór. Nie ma czasu na kontemplację toskańskich krajobrazów, ale kątem oka, trochę mimo woli i wbrew trosce o bezpieczeństwo na drodze, notuję jakieś strzępy informacji. Pojedyncze, mocno okrojone i chaotyczne migawki czegoś łagodnego, ciepłego i przyjaznego, co rozciąga się wszerz i wzdłuż krainy, którą przemierzamy w jesienne, pogodne popołudnie.


Potem jest prom. Rozrywka, której nigdy dosyć dla mieszkańca Śródziemia. Nigdy dosyć egzotycznych rytuałów: kolejka do wjazdu, wjazd, wyjście na pokład przez labirynt korytarzy i schodów, szukanie najlepszego miejsca, a potem obserwowanie fachowym okiem czynności takich, jak: zamykanie klap, odcumowywanie, zapuszczanie silników wprawiających cały pokład w lekkie mrowienie i w końcu powolne odbijanie od brzegu, falochrony, morze, szlus. A potem wszystko jeszcze raz, w odwrotnej kolejności.

Kilka fałszywych alarmów po drodze: mijamy małe wysepki, które okazują się nie być Korsyką. W końcu jest. Dużo większa niż największa wyspa, jaką sobie mogłem wyobrazić, a przyznaję, że na tą okazję naprawdę popuściłem wodze fantazji. Przewodnik jest do kitu, zdecydowanie nie przygotowuje na spotkanie takiej masy skał wystających z morza, powinien mieć dwa razy więcej stron i ważyć ze dwa kilo, to by dało do myślenia, a nie takie tam.

Na miejscu jesteśmy mocno otumanieni nawałem nowych krajobrazów, kolorów, zapachów i dźwięków. W tym ogłupiającym amoku objeżdżamy miasteczka tak, jak polecają to zrobić w nieszczęsnym przewodniku. Bastia, Calvi, Ajaccio, Corte. Przesyt. Miasteczka portowe są podobne, po jakimś czasie można się znudzić. Wszędzie port, nabrzeże z promenadą, cytadela, główna ulica od której odchodzi pogmatwana gęstwina wąskich, krętych uliczek i zaułków. Doskonałe warunki do fotografowania brył, czego jednak też po jakimś czasie ma się dość. Na pomnikach niezmiennie trójca: Napoleon, Kolumb, Pascal Paoli. Przy głównych deptakach sporo cepelii. I rysy charakterystyczne. W Ajaccio dom Napoleona. W Calvi Kolumb. W Bastii wielkie kamienice wyglądające jak zlepek postawionych jeden na drugim mniejszych budynków, każdy z innej bajki, do tego wszystko porządnie przemieszane a na koniec jeszcze przepiłowane  na pół. Wszystko to trzyma się na szkielecie wystających w większości na zewnątrz rur kanalizacyjnych i balkonowych toalet.

Zupełnie inne jest górskie Corte. Miła odmiana po zatłoczonych, nadmorskich klimatach. Jest kameralnie, cicho i wszystko dzieje się jakby wolniej. Z każdego miejsca widać zarys wystających ponad miasto potężnych gór. Trudno uwierzyć, że to miasto uniwersyteckie, chyba, że taki styl studiowania tutaj się uprawia – z wolna.

Tutejsze góry nas przerosły. Są wszędzie i są piękne. Do każdego miejsca trzeba dojechać przez góry, zwyczajny stan drogi to jest pokręcona serpentyna, podjazd, zjazd, podjazd. Proste odcinki to rzadki rarytas. Był moment, że spróbowaliśmy wedrzeć się w głąb gór aby się z nimi zmierzyć, ale wyszło żenująco. Staliśmy przestraszeni na górskim parkingu, na końcu asfaltu, dwoje amatorów w krótkich spodenkach, otoczeni przez strzelające ze wszystkich stron ku górze turnie, z których opadały do doliny październikowe mgły. Uciekliśmy.

Tutejsze niebo. Dla jego obserwacji można zrezygnować z wszystkich innych rozrywek. Głębokie błękity za dnia, bajeczne rojowisko gwiazd w nocy. Wskazany wygodny leżak i rozbrat z czasem i wszelkimi troskami. Miejscowy klimat zdecydowanie pomaga w porzuceniu ciężkich rozmyślań o przemijaniu.

Tutejsze morze na początku wydało się mało morskie, raczej jak jezioro, woda ledwie chlupała o brzeg i pomyślałem sobie, że Śródziemne jest tak leniwe, jak mieszkańcy na jego włoskich wybrzeżach. Błąd, jak większość wyobrażeń, z którymi tu przyjechaliśmy. Z dnia na dzień morze rozkręcało się i stawało Morzem: coraz bardziej spienione fale uderzały coraz mocniej o brzeg i w końcu rozhuśtało się wszystko na dobre pod sam koniec naszego pobytu.

Wyjazd z tego miejsca był bolesny. Już trochę obłaskawiona, trochę poznana i nawet trochę zrozumiana Korsyka została za burzowym horyzontem. Przed nami był niespodziewany jak zwykle atak zimy w Polsce i żałośnie smętne drogowe przejście graniczne w Zwardoniu.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *