Południk 19.34

Z Olkusza na południe po południku 19.34 przez zamek Tęczyn, Łączany do Kleczy Górnej, 69 km/21 h/+1054m

Dobry pomysł to połowa sukcesu. Czasem lepiej jest nie ruszyć się nigdzie, niż snuć się w nieokreślonych okolicznościach i tak jakoś bezideowo. To jest dosyć karkołomna filozofia i nie wiem, na jak długo do niej się przywiązałem. W każdym razie, pomysł przemarszu po południku, na którym leży nasze mieszkanie, natchnął mnie optymizmem i wiarą we własny potencjał intelektualny. W wersji rozbudowanej motto trasy brzmi: co-też-ciekawego-leży-na-południku-19-34-oprócz-naszego-mieszkania-(idąc-na-południe). Założenie techniczne: maszerować jak najbliżej południka po najbliższych mu elementach liniowych, przy czym niech to będą raczej drogi i ścieżki niż jakieś chaszcze i zarośnięte przecinki. Wygoda rządzi. Napierać z wolna i ile się da. Gdzieś w tyle głowy pozostała myśl, że jak dobrze pójdzie, to wyląduję na Przełęczy Krowiarki, skąd rzut beretem na Babią. Tak dobrze nie poszło, ale i tak było ciekawie.

Pieśń wymarszu

Przede wszystkim muszę stwierdzić, że wymarsze i powroty uważam za najbardziej magiczne momenty wędrówki. Pośrodku bywa różnie. Ale na miłe emocje na początku i na końcu liczyć można zawsze. I tym razem nie było inaczej. Sama czynność wymarszu z domu, z osiedla, z Olkusza, z zamiarem dojścia na południe ile się da, ma w sobie tyleż romantyzmu, co idiotyzmu i nic dziwnego, że bardzo chciałem coś takiego przeżyć. Tak więc, pierwsze kilometry zeszły mi na kontemplowaniu tej dziwnej mieszanki. Bo oto idę sobie ot tak, jak zwykle, tu Osiek, tam Witeradów, czyli takie pospolite opłotki. Ale tym razem nie zawrócę gdzieś koło Gorenic na kolację i wieczorną kawę z ciastkiem, tylko będę maszerował dalej, na południe, w stronę gór, które widać z pól nad Osiekiem, przysłonięte lekką mgiełką. Zapędziłem się tak daleko w tę autoanalizę, że postanowiłem zbadać z największą możliwą precyzją, gdzie jest miejsce, po przekroczeniu którego będę się już czuł jak po zamknięciu furtki na własne podwórko. Wyszło mi, że jest to koniec asfaltu w Gorenicach, dziesięć kilometrów od domu.

Noc

Czyli o tym, że warto zawsze zabrać ze sobą coś do spania. W planach nie miałem biwaku. Jedynie marsz non-stop mógł zapewnić końcowy sukces, czyli dotarcie w rejon Krowiarek. Ale po drodze napotkałem jedno z tych miejsc, których nie mija się tak po prostu. Pierwsze kilometry pogórza, dolina Wisły zostaje za mną, za niedługo północ. W tej scenerii trafiam na kapliczkę nad Tłuczaniem. Od strony drogi nic specjalnego, murowana kapliczka przycupnęła pośród potężnych, starych lip. Malowniczo, ale typowo. Ale za kapliczką jest polana, a na niej uwijają się tysiące świetlików. Widok jedyny w swoim rodzaju, widowisko typu światło i dźwięk, bo polana pełna jest wyraźnie nadaktywnych świerszczy. To jest to. Rozkładam się z matą i śpiworem, a tysiące małych, fruwających światełek rozmazują się powoli przed oczami, kiedy zasypiam. Pobudka od trzeciej nad ranem, pierwszy brzask, rozglądam się po polanie. Wszystko ucichło i zgasło, całkiem normalne miejsce. Malowniczo, ale typowo.

Granice

W takich interregionalnych przejściach niezwykłe jest pokonywanie kolejnych granic. Najpierw podolkuskie pola i lasy, czyli opłotki, własne podwórko do końca asfaltu w Gorenicach. Potem Rów Krzeszowicki, w Filipowicach przekraczam Dulówkę i mentalnie jestem już w innym landzie, choć geograficznie to dalej Jura. Zamek w Rudnie, garb Tenczyński, szybkie zejście do doliny Wisły, która jest następną granicą do przekroczenia. Dalej zaczyna się egzotyka, jeszcze mnie tu nie widzieli. O Bramie Krakowskiej w liceum jakąś pracę pisałem, w Łączanach chyba nawet byłem, ale to jest przeszłość archeologiczna. Terra incognita między Wisłą a górami, czego się można spodziewać? Jak tam jest? Czy tubylcy są nastawieni pokojowo? Nie mam koralików na wymianę. Trochę płaskiej doliny, zaraz potem pierwsze podejścia i początek pogórza. Zawiązuje się trudna przyjaźń. Trawna Góra doprowadza mnie do pasji, kiedy topię się na błotnistych drogach, zarośniętych beznadziejnymi chaszczami, na czarnym szlaku, którym już nikt nie chodzi i którego (w związku z tym?) nikt nie odnawia. Kapliczka nad Tłuczaniem. Wredny kundel w Tłuczaniu, o urodzie zużytej szczotki ryżowej podłączonej do prądu, drący się dla zasady o trzeciej nad ranem. Wschód słońca w przysiółku Misiorka, z widokiem na Babią, bliską i daleką zarazem.
Potem Barwałd i granica gór, którą przekraczam w sobotni, lipcowy poranek tak upalny, że powietrze już faluje nad asfaltem, choć to dopiero 9 rano. Ta granica najbardziej mnie ekscytuje. Siadam przy stacji kolejowej w Kleczy i upajam się tą jedną myślą: doszedłem z domu do gór…

Babia Góra

Nie miała być głównym celem wędrówki. Wiedziałem tylko, że będę cały czas szedł w jej kierunku. 22 godziny z Babią przed nosem, w kolejnych, coraz bliższych odsłonach. Za każdym razem trochę bliżej, trochę więcej szczegółów, trochę większa i wyraźniejsza, i trochę bardziej osiągalna. 1725 metrów fliszowej masy przygwoździło linię horyzontu i chwilami wydawało mi się, że go przechytrzyłem, że mi nie ucieknie, że go dopadnę tym razem. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, że z Olkusza widać Babią (widać ją też spod Pilicy, jeszcze 20 km na północ). Najpierw przymglona i odległa w polach między Witeradowem i Osiekiem. Potem znika na kilka kilometrów, kiedy schodzę na dno Rowu Krzeszowickiego. Pojawia się znowu spod zamku Tenczyn, koło osiemnastej, nadal odległa, nie widać jakoś tych 25 kilometrów, które mam już za sobą. Potem gdzieś pod Kamieniem pojawia się znowu, kiedy schodzę do Wisły. Jest już wieczór, koło 21.00 i w takim świetle jest wyraźnie bliższa, ale to nie tylko światło, w końcu dorzuciłem kolejne kilometry. Następne spotkanie rano, między piątą a szóstą siedzę w polach, w paśmie Trawnej Góra, w przysiółku Misiorka. To już jest pogórze, Babia stąd jest całkiem osiągalna, widać szczegóły, jest wyraźna i nie tak odległa, jakieś 30-40 km w linii prostej, ale tutaj już wiem, że do niej, a nawet pod nią nie dojdę.

Jaroszowicka Góra

Zatrzymała mnie pierwsza porządna góra, która pojawiła się na drodze. Nie tak wyobrażałem sobie spotkanie z Jaroszowicką Górą. Choć nigdy do tej pory na niej nie byłem, to jakoś dobrze o niej myślałem. To pewnie przez skojarzenie nazw: Jaroszowicka, Jaroszowiec, no a Jaroszowiec to same dobre wspomnienia. Niestety, z drugiej strony nie pojawił się nawet cień sympatii. Jaroszowicka postanowiła po prostu nie puścić mnie dalej. Trafiła akurat na kryzys, na zwalczenie którego potrzebowałem kilku prostych i bezrefleksyjnych kilometrów. Zamiast tego dostałem lipcowy upał, straszliwe chaszcze, komary oraz – gorsze od nich – małe, dziwne muszki. Brakło zacięcia i charakteru, żeby przebić się przez to wszystko.




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *