Wielkie beskidzkie szuranie

Pętla w Gorcach (Przysłop-Kudłoń-Turbacz-Gorc-Przysłop) a potem w Wyspowy (Jasień-Mogielica-Ćwilin-Mszana)

62,6 km/27 h/+2462 m

Wiszę nad gigantycznym kebabem, zapodanym z wielką kulturą w lokalu „Capri” w Mszanie Dolnej. Kebab rozciąga się wszerz i wzdłuż, jak okiem sięgnąć, na ogromnym talerzu, wokół którego orbitują mniejsze satelity: tymbark miętowy, herbata z cytryną i kawa parzona. W mojej głowie, w zakątku odpowiedzialnym za wspomnienia, mieszają się widoki, wrażenia, zapachy i odgłosy. Kudłoń, Turbacz, Gorc, Jasień, Mogielica, Ćwilin, składają się w jedną, wielką, kosmiczno-beskidzką panoramę. W tej samej chwili kebab, który chyba poczuł się trochę opuszczony, puszcza filuternie oko, więc uśmiecham się do niego szeroko. Tak, zasłużyłem sobie na to bezwstydnie wielkie żarcie za 12 złotych, którego zdjęcie można spokojnie puścić w świat jako żywy (?) dowód na to, że wielki kryzys już minął…


Kudłoń

Autobus przetacza się powoli przez Przełęcz Przysłop i znika za zakrętem. Odwracam się na pięcie i ruszam w górę, bo spieszno mi do ciszy i samotności. A na polanach Kudłonia rozhuśtało się właśnie październikowe, wietrzne popołudnie. Mijam z naiwnym zdziwieniem pojedyncze wyspy śniegu, które nieco wyżej łączą się w śnieżne archipelagi wcale dużych rozmiarów. Z Jaworzynki widać, że świat rozpadł się na dwie części. Zima idąc od zachodu zdążyła już nieco nadgryźć Gorce. Jesień okopała się na Przysłopie i nie puszcza śnieżnych zagonów dalej na wschód. Na horyzoncie Mogielica, kolorowy bastion jesieni, piętrzy się dostojnie w ciepłych promieniach odchodzącego dnia. Wydaje się być wyjątkowo przytulna, kiedy tak na nią patrzę, stojąc po kostki w śniegu. Kiedy zostawiam za plecami żółto-czerwono-złoty Beskid myślę sobie, że dziś przynajmniej nici z szurania w liściach. Marudzę trochę na tych polanach, czas płynie, słońce też nie czeka i umyka mi w końcu, nie dając okazji do jakiejś miłej kontemplacji. Jest za to nieplanowana atrakcja – wielki, okrągły i lśniący oślepiająco księżyc wędruje w górę, nad Mogielicę i Modyń. Noc, spokojna i cicha, wchodzi powoli w doliny, wypełza na stoki, zakrywa hale i przeciska się pomiędzy bukami, pozostawiając na ich pniach srebrną, księżycową poświatę. Uciekam przed nią wyżej i wyżej, aż w końcu kończy mi się góra, to jest już szczyt Kudłonia, trzeba dać za wygraną i wyciągnąć czołówkę.

Turbacz

Z Polany Pustak, jak okiem sięgnąć, widać przestrzenie surowe, wypełnione zimnym wiatrem. Październikowej nocy rzucają wyzwanie tylko blade światełka schroniska na Turbaczu. Turbacz jakoś niespecjalnie mi pasuje, ale tym razem spotkanie z nim miało przebieg zupełnie bezbolesny. Księżyc oświetla górę, kiedy do niej docieram. Kiedy wyruszam przed świtem, wisi nad nią, a płaty śniegu na Hali Długiej lśnią odbitym światłem tak, że nie trzeba włączać czołówki. Wieczorem zastaję schronisko puste i głuche, na jadalni kilka osób w towarzystwie wiśniówki. Wychodząc, zostawiam je za sobą, uśpione i ciche. Było spotkanie, a jakby go nie było. Za mną zostają milczące, zajęte sobą Tatry.

Jaworzyna Kamienicka

Ciepłe schroniskowe łóżko porzuciłem bez cienia żalu. Poranne opętanie: być na Jaworzynie o wschodzie słońca. Nie dać się wyprzedzić, być tam pierwszym, wziąć rewanż za wczoraj, rozsiąść się wygodnie i mieć te swoje kilka minut egzaltacji przy akompaniamencie wszystkich odcieni pomarańczowego. Trochę idę, trochę podbiegam, po drodze kusi ścieżka na Kiczorę, z której przecież widać zgrabnie to i owo, ale nic z tego, nie zwiodą mnie takie pokusy. Trafiam we właściwe miejsce o właściwym czasie. A więc zaczynam dzień. Trzeba się trochę uspokoić i pomyśleć, co by tu ciekawego dzisiaj zrobić…

Gorc

Gorc niezmiennie urzeka mnie swoją wielowątkowością. Wszystko zależy od tego, którą polanę się wybierze. Może być kameralnie, albo z rozmachem, z przewagą akcentów tatrzańskich albo beskidzkich, z jednym motywem przewodnim albo z harmonią odpływających w dal, spowitych we mgle grzbietów. Jak kto sobie zażyczy, tak mu Gorc miejsce przygotuje. Tak, to jest pod każdym względem Wielka Góra. Ponieważ planowałem na Gorcu wybór dalszej trasy, udałem się na Polanę Młynieńską, żeby dokonać krytycznej rozbiórki możliwych wariantów. O tej porze roku i o tej godzinie, obiektem wyraźnie preferowanym w panoramie jest Mogielica. Biedny trochę ten Lubań i szkoda mi się go zrobiło, takiego niedoświetlonego i w dodatku w śniegu, podczas gdy Beskid Wyspowy rozciągał się na wschodzie, cały w kolorach i ciepłych tonacjach. Ale decyzja była nieodwołalna: idę poszurać w liściach.

Mogielica

Od Przysłopu rzeczywiście zaczęło się używanie z szuraniem. Przemierzam kolejne kilometry rozgarniając czasem zamaszyście sterty liści na ścieżce i przystając w oczekiwaniu, aż najbardziej jesienny zapach ogarnie mnie od stóp do głowy. Nie wykluczam, że aromat suchych liści trochę mnie otumanił, bo gdzieś tam po drodze gubię ścieżkę i trochę kluczę z głupawym wyrazem błogości na twarzy, bo wszystko mi jedno i wszystko mi się podoba. Kolejna używka – klasyczna panorama Mogielicy z Polany Skalne pod Jasieniem, po prostu trzeba jej zażyć raz na jakiś czas, inaczej duch w człowieku ginie. Gdzieś nad Polaną Wały walczę z małym kryzysem, z niedożywienia chyba, ale osłabienie mija, gdy wychodzę na Polanę Stumorgową. Mogielica potrafi w jednej chwili wyleczyć ze wszystkich durnych dolegliwości.

Ćwilin

Idę tak sobie przez Polanę Stumorgową i czuję rosnącą irytację, której źródłem okazują się być 1072 metry, sterczące wyzywająco po lewej. W sumie, planowałem zakończyć przejście gdzieś w Jurkowie, ale myśl o tym, że Ćwilin zostanie tutaj tak po prostu, nie zdobyty, nie przemierzony, staje się nieznośna. Schodzę do Jurkowa i rozmyślam o tym, że na Polanie Michurowej o tej porze może być naprawdę, ale to naprawdę bardzo miło. Daję sobie jeszcze szansę na szybką ewakuację z Jurkowa, ale okoliczności okazują się nie być sprzyjające. Najbliższy bus do Mszany dopiero za pięć minut. Nie mam wyjścia, atakuję Ćwilin. Na szczycie rozmarzyłem się mocno i roztkliwiłem nad urokiem tego wszystkiego, co od wczoraj sobie obejrzałem. Stąd już powoli do Mszany, zostawiając za plecami Beskid, który powoli otulała księżycowa poświata…



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *