Roczne archiwum: 2011

Przesilenie


Dwudziesty drugi grudnia. Osiem godzin i dwie minuty. Dzień w okolicy Olkusza nie może już być krótszy. Bardzo daleko stąd Słońce odbija się właśnie od linii zwrotnika Koziorożca i zaczyna powoli wracać na naszą, albo mówiąc wprost i bardziej bezpośrednio – na moją stronę. Idę przez krajobraz udający zimę i czuję, że także w mojej głowie jakiś zwrotnik przestawia myśli, które nieśmiało zaczynają wędrować w stronę horyzontu, zza którego za niedługo wyłonią się zielone badylki zwiastujące wiosnę. Wszystko to cieszy, choć nie jest za bardzo oryginalne. W kalendarzu aż gęsto od świętowania. Na wschodzie za chwilę urodzi się Mitra i Jezus z Nazaretu, w Rzymie trwają Saturnalia, Słowianie obchodzą gody, a w mojej ulubionej Skandynawii wszyscy świętują Jul. I chociaż powrót Słońca jest w zasadzie pewny, biorę sprawy w swoje ręce, wyruszam w las i rozpalam przesileniowe ognisko pomimo, że las płonie szybko, a rośnie wolno. Trochę frazerowskiej magii homeopatycznej nie zaszkodzi. Ponieważ wedle tej szkoły „podobne powoduje podobne”, rozpalam ogień z niezachwianą pewnością, że Słońce to zauważy i ruszy w te pędy w podolkuskie strony. Dla wzmocnieniu efektu zabieram ze sobą Kozę Jul, stwora magicznego z dalekiej północy, posiadającego wielką moc w czasie przesilenia. Może różni się trochę od tej, którą dla Szwedów wyrysował kiedyś John Bauer, ale niech tam, w końcu tutejsze biedne sosenki to nie jest północna tundra. Siedzę tak sobie i myślę o jakimś moim południowym alter ego, które biega teraz nerwowo po rozgrzanej plaży, rozpalając ognisko być może kilka razy większe od mojego. Co nie jest bynajmniej trudne, bo moje złożyłem z ledwie kilku patyków na krzyż. Ale tamtemu i tak nic nie pomoże. Przynajmniej nie w tej chwili. Może go najwyżej przesilić z nerwów. Tak to już jest z magią, że czasem skutkuje, a czasem nie. A u nas jutro dzień będzie dłuższy już o minutę…

Dziewiętnasty kilometr

Suwalszczyzna – część 6

Szukamy naszego miejsca nad Wigrami. Od strony Suwałk nie jest zbyt ciekawie. Mnóstwo śmieciowej zabudowy pod turystę i bogatego mieszczucha. Teraz, gdy wakacyjno-odpustowy wystrój jest zwinięty, wyłazi spod niego brzydota i nijakość. Wzdłuż brzegu galeria porzuconego sprzętu wodnego. Objeżdżamy jezioro zaglądając to tu, to tam w poszukiwaniu czegoś. Nie wiadomo dokładnie, co to ma być, samo musi się nam objawić, jeśli tu jest o tej porze roku. Wigry okazują się być za duże na kameralne zamyślenia. Ale obsiadły je małe, pogubione w lesie jeziora, takie, jak Suchar Wielki, któremu towarzyszy jakiś mniejszy sucharek, położony nieopodal. Jeziora te są wyjątkowe. Tak twierdzą teksty z tablic informacyjnych Wigierskiego Parku Narodowego. W jeziorach rozkłada się jakaś masa organiczna, stąd kolor, specyficzni mieszkańcy pod i nad wodą, nazwa, strefa ochrony ścisłej nie zbaczać ze ścieżki i oczywiście nie ma mowy o kajakowaniu. Czytaj dalej

Nic się nie dzieje w Wodziłkach

Suwalszczyzna – część 5

Wodziłki odwiedzam z duszą, co przysiadła trwożliwie na mym wątłym ramieniu. Boję się zmian, które mogły przetoczyć się przez to miejsce pod moją długą nieobecność. Po tych kilkunastu latach spodziewam się napotkać tutaj jakiś plenerowy wariant cepelii, skansen za pieniądze pozyskane z Unii. Zgrabny automat na wjeździe, po wrzuceniu monety na środek drogi wyskakują starowiercy w ludowych strojach, a z komina bani bucha dym. Tego wszystkiego się obawiam, ale na szczęście niepotrzebnie. Czytaj dalej

Poszukiwanie przygód w Puszczy Rominckiej

Suwalszczyzna – część 4

Skaczemy przez dawną pruską granicę, aby znaleźć się w samym środku Puszczy Rominckiej. Spodziewam się przygód. Gdzieś tutaj zaczynają się ruscy, a po nich zawsze można spodziewać się mocnych wrażeń. Kolejne kilometry, podczas których zagłębiamy się w las, budują atmosferę napięcia. Dzień jest pochmurny, a na dnie świerkowego lasu panuje dodatkowo nieustający nigdy półmrok. Jest jakoś cicho, ale wiadomo, wszyscy wynieśli się ze względu na sąsiedztwo. Maszerujemy starą drogą, którą Niemcy obsadzili kiedyś czerwonymi dębami. Wtedy to były Prusy Wschodnie, cesarskie lasy do gnębienia jeleni i innej zwierzyny łownej. Ogrodzone wysokim płotem tak, żeby plebs nie przeszkadzał cesarskiemu majestatowi w namierzaniu kolejnych celów. Potem Goering zwoził do swojej puszczańskiej rezydencji dzieła sztuki skradzione w całej Europie. Wypełnione po brzegi ciężarówki mogły jechać nawet po tej drodze. Pierwszy koneser Rzeszy w spokoju i ciszy rozwijał swoje kolekcjonerskie upodobania, wdychając w płuca puszczańskie powietrze. Przynajmniej do chwili, w której zaczęło śmierdzieć spalinami nadjeżdżających od wschodu t-34. Czytaj dalej

Skrzynki na listopadowych wyspach

Jurków- Ćwilin-Śnieżnica-Łopień-Mogielica-Jurków

29km/9h/+1813m/3 skrzynki

Jedziemy z Konradem w Beskid Wyspowy. Zabieram ze sobą gorące muszelki znad Morza Śródziemnego. Zadziałają jak termofor, kiedy je zapakujemy do kilku geoskrzynek, pewnie mocno zmrożonych i cierpiących z powodu listopadowej samotności. Magda trochę protestuje, że muszelki od macierzy odrywam, to znaczy z wielkiego muszelkowego słoja je wyciągam i w jakieś chaszcze ciągnę. I że im tam smutno będzie. Ale robię maślane oczy i stawiam w końcu na swoim. Lista adresów obejmuje Ćwilin, Śnieżnicę, Łopień i na samym końcu Mogielicę. W sprawie ocieplania klimatu beskidzkiego Konrad ma uczucia mieszane, bo on w zasadzie czeka teraz na śnieg. Im głębszy, tym lepiej. Ja z kolei jestem zainteresowany jak najdłuższą jesienią. Jeżeli to możliwe, to najlepiej aż do wiosny. Interesy są wyraźnie sprzeczne, przy czym to raczej Konrad postawi na swoim. Czytaj dalej