Ciche szczęście wśród wulkanów

24 godzinny marsz Szlakiem Wygasłych Wulkanów

99,3km/20h 30min/+1465m

Przejścia na takiej trasie nie mogłem przepuścić. Góry i Pogórze Kaczawskie to jest jedno z tych mitycznych miejsc, do których przez lata podróżowałem wirtualnie, wisząc godzinami nad rozłożoną mapą i układając coraz to bardziej genialne plany. Przyjadę tu, pójdę tędy i dojdę tam. Działała magia ikonek oznaczających tajemnicze miejsca: „dawne górnictwo”, „krzyż pokutny”, „ruiny szubienicy”, „sztolnia”, „WULKAN”. I do tego te wszystkie niezwykłe nazwy. W mojej wyobraźni kraina wypełniała się powoli mnóstwem mniej lub bardziej wydumanych niesamowitości. Potem było Przejście Kotliny Jeleniogórskiej, odcinek kaczawski, pierwsze zapoznanie i od razu poczucie niedosytu. No i teraz, ni stąd, ni zowąd – Wulkany w 24h. W sumie to był najkrótszy proces decyzyjny w dziejach. Po prostu jadę. Będzie fajnie, może nawet jakaś mała erupcja wulkaniczna się przytrafi – kto wie, nie takie rzeczy miały już miejsce na świecie.

Nordic Walking

Na początku kombinowałem. Impreza prawie setkowa (około 90km) – znam, na orientację – znam, ale pod szyldem nordic walking, o co chodzi? Jakaś szufladka w głowie otworzyła się z wielkim zgrzytem, ale nie było tam za wiele. W końcu stwierdziłem, że dam radę, najwyżej będę udawał, że stosuję jakąś regionalną odmianę tej techniki, zupełnie nową i jeszcze nieznaną. Małopolska szkoła NW, jej twórca i jak na razie jedyny wyznawca. Tak, to mogło się udać. Zresztą szybko okazało się, że można używać stylu dowolnego. Jeszcze po jakimś czasie wytłumaczyłem sobie nordic walking jako filozofię pokonywania przestrzeni z pomocą kijków, mniejsza o wydumane techniki. W tym sensie uprawiam tę dyscyplinę od zawsze, więc nie miałem żadnego problemu z aklimatyzacją. Atmosfera była zresztą tak wyluzowana i przyjazna, że od razu opuściły mnie wszelkie obawy i wątpliwości.

Sztuka orienteeringu znakowanego

Po kilku kilometrach dotarło do mnie, że regulaminowe maszerowanie po szlaku znakowanym nie jest pozbawione pewnych trudności. Musiałem najpierw odłożyć na bok nawyk umownego traktowania szlaków i metodę chodzenia „mniej więcej w kierunku”. Teraz trzeba było zastanawiać się, którą z trzech dróg w kierunku północnym upodobali sobie PTTK-owcy, bo oznakowanie nie zawsze było oczywiste. Ponadto nie mogłem dogadać się z mapą. Nagłe przestawienie z wydawnictwa X na wydawnictwo Y wyraźnie mi nie służyło, mapa gadała w lokalnym narzeczu, słyszałem co drugie, trzecie słowo, jakieś obrazki wyrysowane, generalizacje generalizacji, nie polubiliśmy się do samego końca. W efekcie wyprodukowałem kilka spektakularnie durnych wariantów, które oczywiście mógłbym ominąć korzystając bardziej z głowy niż z intuicji. W kilku przypadkach bezcenny mógł się okazać sporządzony przez budowniczego na kilku kartkach opis trasy, którego oczywiście nie miałem.

Wulkany

Wulkany bronią się, jak mogą. Niektóre ledwie zipią, nadgryzane od lat przez drapieżne kamieniołomy. Ale wystarczy stanąć na chwilę pod Czartowską Skałą i uruchomić wyobraźnię, żeby niebo rozjaśniły łuny wybuchów, a na głowę zaczął się sypać gorący popiół. Mała rekonstrukcja krajobrazu z czasów, gdy nikt raczej jeszcze nie myślał o wyznakowaniu tutaj żółtego szlaku.

Turystyka toponomastyczna

W tej okolicy, jak zresztą w całych Sudetach, można zapuścić się w dziką pogoń za nazwami miejsc, czego przykładem naczelnym jest oczywiście „Ciche Szczęście”. Czy można odpuścić sobie zaglądnięcie do miejsca o takiej nazwie? Stara kopalnia trawiącą niegdyś „osadowe skały miedzionośne” nazwana w ten sposób od razu zaczyna świecić magicznym blaskiem. Oto, jak działa potęga słowa!

Dyskretny urok poniemieckiej bryły

Kiedy jadę nad morze wdycham jod. Gdy przychodzi czerwiec – rzucam się na truskawki. Gdy jestem na Dolnym Śląsku, ogarnia mnie szaleństwo oglądania i fotografowania budynków, całej tej rozpadającej się, poniemieckiej spuścizny budowlanej. Nostalgia łączy się z malowniczością w mieszankę o natężeniu tym większym, im gorszy jest stan tych miejsc. Studium przemijania pod otwartym niebem.

Rumiankowe pola

Moje miejsce na Pogórzu Kaczawskim to od tej soboty grzbiet na północ od Pomocnego i Kondratowa. Największa rumiankowa łąka świata, otwarte przestrzenie nie zamordowane przez radosną twórczość architektoniczną. Grzbiet Karkonoszy zamykający horyzont. Jest nawet lotnisko, przez co odpada problem transportu z Olkusza, oczywiście po rozwiązaniu kwestii posiadania, a raczej nieposiadania na dzień dzisiejszy samolotu. W każdym razie – miejsce jest już zajęte, co niniejszym ogłaszam.

Niedosyt

Niedosyt pozostał, a nawet jest chyba większy. Jeżeli coś mnie w ciągu tych kilkudziesięciu godzin stresowało to tylko świadomość miejsc do zwiedzenia i obejrzenia, które mijam w większej lub mniejszej odległości. I jeśli nawet obelisk ’40 lat Koła Łowieckiego Cyranka’ mógłbym sobie odpuścić, to już pomnik Szwenkfeldystów obejrzeć po prostu trzeba, choćby ze względu na samą nazwę. No i uważam, że za Ostrzycą trasa powinna zostać skorygowana tak, żeby prowadziła przez Rochów.

ps

serdeczne podziękowania dla Michaliny i dla Piotrka za wspólnie przemierzone kilometry.



 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *