Jeszcze dalej na południe

Z Olkusza na Babią Górę przez Dulową, Alwernię, Wadowice, Leskowiec, Lachowice i Jałowiec, 112km/42h/+3030m

Co jest na południu?
Rok 2010. Na samym początku Trawers południowy. Skromnie. Niewiele dalej, niż za ostatnie  olkuskie blokowiska. Ale zaraz potem Akcja Pielgrzym. Trochę śmielej, pod Lgotę i Płoki. Krótki oddech i znowu dalej. Południk 19.34. Tym razem całkiem poważna akcja, której nie ma się co wstydzić. Jak już wyszedłem, to skończyłem pod Wadowicami. Co jest takiego w wychodzeniu z domu i maszerowaniu właśnie na południe? Co jest na południu bardziej i lepiej niż w inną stronę? Po co przedzierać się przez architektoniczny koszmar Osiedla Młodych, skoro idąc na północ albo na wschód w porządnym lesie można się znaleźć zaraz po wyjściu z domu? No więc, co tam jest? Góry. To jest argument. Ze wszystkich dostępnych kierunków marszu, ten jest najbardziej górzysty. A następnie jakaś nieokreślona tęsknota za tym, co za górami. Dunaj. Ciepłe kraje. Kolebki cywilizacji. Morze Śródziemne. Afryka. Gdzieś tam rośnie drzewo w miejscu, gdzie rosło drzewo, z którego przodek któregoś ranka zlazł i poszedł przed siebie wymachując sękatym kijem. Choć w przypadku mojego przodka mogło być inaczej. Biorąc pod uwagę charakterystyczną w mojej rodzinie niechęć do zmian, przodek sam z siebie raczej nie zlazł. Prędzej spadł z drzewa i nie chcieli go już wpuścić z powrotem. I wtedy poszedł przed siebie wymachując sękatym kijem, ale tak, żeby nie zwracać specjalnie na siebie uwagi. A zatem wędrówka w poszukiwaniu korzeni? Nic odkrywczego, ale niech będzie.

Gospodarska wizyta
Tak więc, idąc na południe nie ma zbyt wielu możliwości ominięcia Osiedla Młodych. Według pierwotnych planów miałem przebiec przez to miejsce z pochyloną głową i zamkniętymi oczami, ale nie wyszło, gdzieś się potknąłem, gdzieś się powieka podniosła i nagle Osiedle otoczyło mnie ze wszystkich stron dyskretnym powabem wielkiej płyty. Mimo woli zacząłem kluczyć i węszyć, zrobiła się z tego gospodarska wizyta, Osiedle Słowiki zawitało na bratnie Osiedle Młodych. Wy macie tak, a my mamy tak. Oczywiście lepiej trochę mamy, też byście tak mogli, wystarczy pomalować dachy na niebiesko. No, ale dachy macie płaskie, to nieco utrudnia sprawę. Za to powinniście mieć Młodych. Właśnie, gdzie są Młodzi tego Osiedla? Okazuje się, że Młodzi na Osiedlu Młodych mieszkają w swoich wypucowanych na błysk i prężących się dumnie wzdłuż chodników oplach i volkswagenach. Same bloki wydają się puste i głuche, życie z nich uszło przez grube szpary przecinające wszerz i wzdłuż szeregi betonowych płyt. Plątanina chodników ułożonych z betonowych kostek, na nią nałożona plątanina dzikich ścieżek wydeptanych z mozołem, cierpliwie, przez lata. Teoretyczny zamysł projektanta kontra praktyczny zamysł mieszkańców. Jak kraj długi i szeroki, zawsze ta sama, osiedlowa historia. Życie poprawia projektantów, a ci niezmordowanie robią swoje.

Zielona granica
W lesie za Żuradą przekraczam w sposób nielegalny granicę zaborów. Najbliższe przejście obsadzone przez kozacki posterunek jest w Gorenicach, ale nie chcę nadrabiać drogi. Przemycam cztery bułki, jakiś isostar, kilka batonów. Nie wiem, ile za to grozi. Z krajów carskich do cesarsko-królewskich, z jednej nędzy w drugą. Pierwsza miejscowość po tamtej stronie. Płoki. Wieża kościoła wygląda jak minaret meczetu. Jest nawet półksiężyc, trochę obok, zawieszony nie na wieży, ale na niebie. Niewątpliwie stoją za tym celowe działania określonych sił. Szacunek dla islamistów. Taki numer wywinąć we wszechkosmicznym centrum katolicyzmu – to jest coś.

Puszcza niegdysiejsza
Puszcza Dulowska nocą rozbrzmiewa odgłosami cywilizacji. Zaczynam rozumieć pojęcie zanieczyszczenia hałasem. Zagłębiam się w las, odgłosy kolei za moimi plecami oddalają się powoli i milkną, ale sto metrów przed miejscem, w którym powinna się zacząć puszczańska cisza, między sosny wdziera się hałas z biegnącej dalej na południe autostrady. Na ulubionych skrzyżowaniach duktów, gdzie były ławeczki – nie ma już ławeczek. Kiedyś załapałem się na ostatnie być może chwile dzikości Puszczy Dulowskiej. Do dziś nic z tego już nie zostało.

Anna wyłącza kombinat
W rejonie Alwerni rozlał się na wielkiej powierzchni kombinat chemiczny. Nocą jego praca wydaje się być szczególnie podejrzana. Wystarczy już samo to, że jest chemiczny. To budzi niedobre skojarzenia. Wycieki, skażenia, ochrona ludności przed skutkami działania broni chemicznej, groźne oznaczenia z trupimi czaszkami i inne symbole mniej zrozumiałe, a przez to tym bardziej groźne. Ostrzeżenia w rodzaju: uwaga, sami nie wiemy, co to jest, ale jak się wyleje, będzie kiepsko. Ten odcinek naprawdę nie jest przyjemny. A kombinat jak na złość nie chce się skończyć. Coś tam się dymi, kopci, szumi, zgrzyta, a w trzewiach kilometrów rur i zbiorników przewalają się tajemnicze substancje, które potem staną się moim isostarem albo proszkiem do prania, co pewnie na jedno wychodzi. Kombinat nie chce skończyć się sam z siebie, postanawiam więc wykończyć go muzycznie. Z chemicznej opresji ratuje mnie Anna Ternheim. Kombinat gaśnie jak przepalona żarówka a powietrze robi się mniej zawiesiste. A ponieważ Anna jest Szwedką, maszeruję dalej wyobrażając sobie czystą i pozbawioną chemii Szwecję.

Nocny ekspres
Kolej to jedna z tych rzeczy, która się u nas nie udała. Linia nr 103 miała pewnie sens, kiedy otwierano ją do użytku w 1899 roku. Ale jak to bywa z niektórymi sensami, także ten zgubił się gdzieś po drodze do naszej nowoczesności. A że jeżdżenie bez sensu jest bez sensu i zupełnie niepotrzebne, więc linia nr 103 jest obecnie linią nieczynną. Niespiesznie ruszam przed siebie w ciemność, do której uciekają spod moich nóg całkiem jeszcze porządne szyny. W innych miejscach są zarośnięte, powyginane, przepiłowane albo miejscami nieistniejące, bo zabrane. Stare znaki i oznaczenia. Przestrzegam tych, których znaczenie rozumiem, te niezrozumiałe interpretuję po swojemu, gwiżdżę czasem ostrzegawczo i zatrzymuję się na wszystkich przystankach. Ekstra postój na moście przerzuconym przez Wisłę w Okleśnej. Forsowanie rzeki w tym miejscu jest dużo ciekawsze niż to zeszłoroczne, na jazie w Łączanach. Leżę na drewnianych podkładach i słucham, jak pode mną pluska cicho królowa rzek. Nic nie nadjeżdża, ani od Trzebini, ani od Spytkowic. I tak most się marnuje. Dorzucam znowu do pieca (trakcji elektrycznej tutaj akurat nie ma, zabrali) i ruszam w stronę gór.

Góry
nabierają ostrych konturów kiedy docieram do przystanku Graboszyce. Ale pod nogami zaczynam je czuć dopiero w Ponikwi, na końcu wsi, kiedy zaczyna się podejście pod Leskowiec. Tamtejsza schroniskowa pomidorówka jest też wyraźnie górska w smaku. Na  przydługim zejściu do Lachowic robię pierwszą archiwizację. Bohaterowie płaskiej pięćdziesiątki: Płoki, Puszcza Dulowska, Alwernia i most w Okleśnej odmaszerowują  równym krokiem do historii, na półkę z miłymi wspomnieniami. Rzeczywistość, która nastała w ich miejsce wymaga trochę większej dozy samozaparcia. Jest parno i skwar przeciąga mnie bezlitośnie przez kolejne kilometry odkrytych grzbietów i dróg. Gdzieś z oddali nadciągają zwaliste chmury. W środku jednej z nich coś siedzi i grzmi. Jak w wierszu Elizabeth Bishop, burza zaczyna krążyć wokół jak pies, który szukając legowiska warczy coraz bardziej zniecierpliwiony. Nie ma szans na zdobycie Jałowca szybko i suchą nogą. Ulewa dopada mnie za Lachowicami. Szczęśliwie trafiam na ogromne, rozrzucone w polu rury z czegoś plastikowo-pilśniowego. Wygląda to wszystko jak artystyczna instalacja, sztuka pewnie współczesna, bo nic z tego nie rozumiem. Ale w środku jest sucho. Na blisko godzinę staję się być może częścią sztuki, i to mi pochlebia.

Indyjskie tuniki Magdy
Ostatnie kilometry należałoby litościwie pominąć milczeniem. Burza przeszła, ale dostałem się w ciągnące za nią wiry, który zakręciły mną zdrowo w okolicy Jałowca, kiedy nie miałem już ani siły, ani ochoty, ani czasu na zabawy w orienteering. Na szczęście nie zrobiłem tam niczego szczególnie głupiego. Rutyna najwyraźniej działa niezależnie, na jakimś sobie tylko znanym zasilaniu. Ścieżki się ułożyły i pojawił się znany i lubiany widok Babiej z zejścia na Klekociny. Potem seria szybkich zrywów: Hala Kamińskiego, pierwsza i druga przełęcz Jałowiecka, robi się ciemno, odbicie na Górny Płaj. Tutaj atmosfera odświętna, drzewa ubrane w kolorowe, indyjskie tuniki Magdy pochylają się nad moją głową i coś gadają. Na szczęście schronisko okazuje się nie być halucynacją. Ląduję na starym tapczanie, pod przybitą do ściany ciupagą. Wysublimowany kicz w innych okolicznościach mógłby dotknąć boleśnie, ale teraz suma kilometrów działa w sposób rozkosznie znieczulający.

Babia
Prawdziwa nagroda czekała na mnie nazajutrz. Wspinałem się na szczyt Babiej w kompletnej samotności, na Diablaku żywego ducha, choć to sobota, i w dodatku pogodna. Dopiero na zejściu na Lipnicką pojawiły się pojedyncze osoby, pary, grupki, grupy, aż w końcu od Sokolicy – zwarty ciąg rodaków zmierzających w górę. A ja właściwie nie musiałem już nigdzie dalej iść. Tym razem – wystarczy.



 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *