Skrzynki na listopadowych wyspach

Jurków- Ćwilin-Śnieżnica-Łopień-Mogielica-Jurków

29km/9h/+1813m/3 skrzynki

Jedziemy z Konradem w Beskid Wyspowy. Zabieram ze sobą gorące muszelki znad Morza Śródziemnego. Zadziałają jak termofor, kiedy je zapakujemy do kilku geoskrzynek, pewnie mocno zmrożonych i cierpiących z powodu listopadowej samotności. Magda trochę protestuje, że muszelki od macierzy odrywam, to znaczy z wielkiego muszelkowego słoja je wyciągam i w jakieś chaszcze ciągnę. I że im tam smutno będzie. Ale robię maślane oczy i stawiam w końcu na swoim. Lista adresów obejmuje Ćwilin, Śnieżnicę, Łopień i na samym końcu Mogielicę. W sprawie ocieplania klimatu beskidzkiego Konrad ma uczucia mieszane, bo on w zasadzie czeka teraz na śnieg. Im głębszy, tym lepiej. Ja z kolei jestem zainteresowany jak najdłuższą jesienią. Jeżeli to możliwe, to najlepiej aż do wiosny. Interesy są wyraźnie sprzeczne, przy czym to raczej Konrad postawi na swoim. Odbijamy z przystani w Jurkowie i zaczynamy żeglugę w poszukiwaniu upatrzonych adresów. W dolinach od rana leży mgła. Szadź osiadła w fantazyjnych formach na drzewach, płotach i krzakach głogu, na których wciąż dzielnie trzymają się przemarznięte na kość owoce. Płyniemy pewnie od jednej wyspy do następnej. To w końcu kraina Kieratu, znamy tu prawie każdy zakątek. Przynajmniej tak nam się wydaje, nawet wtedy, gdy robimy małą wtopę nawigacyjną schodząc ze Śnieżnicy. Przy kolejnych wyspach powtarza się ta sama historia. Najpierw wspinamy się szybko w górę po stromym brzegu. Morze mgieł zostaje u naszych stóp, a przed nami otwierają się przestrzenie o horyzontach odległych, zawieszonych na błękitnym, zimnym niebie. Na Ćwilinie jesteśmy tego dnia pierwsi. Przeprawa przez pogrążoną we mgle Przełęcz Gruszowiec i dalej na Śnieżnicę. Tutaj jakieś polowanie. Brzuchaci faceci, którym nie wystarcza kiełbasa z Lidla, zakładają kapelusiki z piórkiem, przedłużają ego o strzelbę i sterczą między drzewami czyhając na okazję. Na wypadek, gdyby któryś miał mnie pomylić z dorodnym zającem, już z daleka krzyczę „Dzień dobry”. Nie są zadowoleni. Ze Śnieżnicy znowu nurkujemy na dół. Przelot przez Jurków doprowadza do stóp Łopienia. Na górze zaskoczenie – prawdziwy tłok. Nie podejmujemy skrzynki, Łopień pozostaje zmrożony, a jedna muszelka wraca do domu. Znowu na dół na Przęłęcz Rydza. Stąd ostatnie podejście, droga na Mogielicę. Jest już popołudnie i trafiamy na szczyt w godzinę zachodu słońca. Z pękającej w szwach skrzynki zabieram pchełki. Może Magda da się namówić na pchełkowy turniej. Ostatnie pięć kilometrów do Jurkowa jest wybitnie nostalgiczne. Październik zadekował się na tym grzbiecie Mogielicy. Szuramy w liściach patrząc, jak w wieczornym świetle grzeją się stare buki. Kiedy jedziemy na Mszanę oglądam się do tyłu. Nad Wyspowym lekka poświata. Muszelki grzeją. Konrad mówi, że chyba będzie padać śnieg…

Wczesnym rankiem świat wokół Jurkowa jest mocno zmrożony

Na Ćwilinie jesteśmy pierwsi

W drodze na Łopień mijamy jurkowską starówkę

Na Mogielicę docieramy w godzinę zachodu słońca

Ostatnia skrzynka i wracamy na dół



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *