Dziewiętnasty kilometr

Suwalszczyzna – część 6

Szukamy naszego miejsca nad Wigrami. Od strony Suwałk nie jest zbyt ciekawie. Mnóstwo śmieciowej zabudowy pod turystę i bogatego mieszczucha. Teraz, gdy wakacyjno-odpustowy wystrój jest zwinięty, wyłazi spod niego brzydota i nijakość. Wzdłuż brzegu galeria porzuconego sprzętu wodnego. Objeżdżamy jezioro zaglądając to tu, to tam w poszukiwaniu czegoś. Nie wiadomo dokładnie, co to ma być, samo musi się nam objawić, jeśli tu jest o tej porze roku. Wigry okazują się być za duże na kameralne zamyślenia. Ale obsiadły je małe, pogubione w lesie jeziora, takie, jak Suchar Wielki, któremu towarzyszy jakiś mniejszy sucharek, położony nieopodal. Jeziora te są wyjątkowe. Tak twierdzą teksty z tablic informacyjnych Wigierskiego Parku Narodowego. W jeziorach rozkłada się jakaś masa organiczna, stąd kolor, specyficzni mieszkańcy pod i nad wodą, nazwa, strefa ochrony ścisłej nie zbaczać ze ścieżki i oczywiście nie ma mowy o kajakowaniu.

Siedzimy nad mniejszym kolegą Suchara Wielkiego i nie jest dobrze. To znaczy niby wszystko w porządku, na pierwszy rzut oka, ale w tak zwanym tle akustycznym dudni droga międzynarodowa E-8 plus jakieś odgłosy suwalskiego przemysłu, który, jak się właśnie okazuje, najwyraźniej istnieje. Przypomina mi się Puszcza Dulowska zabita przez hałas z autostrady A-4. To jeszcze nie jest to miejsce. Krążymy dalej. Odjeżdżamy od jeziora, bo mam też pewne oczekiwania co do terenów położonych w głębi lądu. Wciąż mianowicie czekam na porządne chałupy. Stare chałupy przy pylistej wiejskiej drodze. Nie udawane, takie na pozór wiekowe, tyle, że pod eternitem. Ani nie te wykupione przez tak zwanych miastowych. Zastygłe bez ruchu do czasu, aż lśniące volvo przywiezie na weekend ich właścicieli. Szukam generalnie jakiejś zacofanej enklawy, do której nie dotarła cyfra plus i w której toczy się normalne życie, jakkolwiek miałoby by to w tych stronach wyglądać. Przejawy takiego zacofania, radość turysty, zmora miejscowych, znajdujemy na wschód od Wigier. Ciągną się tutaj kilometry szutrów, które dopiero zaczynają nieśmiało pokrywać się asfaltem. Drewniane, pokrzywione chałupiska kryte gontem lubią tu jeszcze stać przy drodze, podpierając się dla złapania równowagi o równie pokrzywione płoty i zarośnięte sady. Zaglądam dyskretnie na podwórka. Gdzieniegdzie widać ślady życia, ale często to są już tylko wydmuszki, dawno zamknięte na cztery spusty i opuszczone. Szukamy też jakiejś puszczańskiej głuszy. Takiej, żeby można było przeciskać się między starymi sosnami krętą ścieżką sprowadzającą nad śródleśne jezioro. Szukamy możliwie wiernej wizualizacji mojego wyobrażenia o Puszczy Augustowskiej. Znad brzegów Czarnej Hańczy wędrujemy przez piękne lasy do miejsca o nazwie Dziewiętnasty Kilometr. Trudno powiedzieć, dlaczego dziewiętnasty. Skąd, dokąd, zagadka, tajemnica, środek lasu, krótko mówiąc, trzeba tam iść. Dziewiętnasty kilometr okazuje się być wielką i piękną śródleśną polaną o regularnych kształtach, wygrzaną w październikowym słońcu tak bardzo, jak to tylko o tej porze roku jest jeszcze możliwe. Tu jest rzeczywiście puszczańsko. Z polany rozchodzą się drogi, które prowadzą w mroczne ostępy. Dno lasu pokrywają miękkie poduchy mchów, z których strzelają w górę pnie potężnych sosen. Ich korony dostojnie i miarowo kiwają się na lekkim wietrze w lewo – w prawo, w lewo – w prawo. Mam swoją wizualizację i jestem zadowolony. Udaje mi się nawet przy okazji wyleczyć pewien dotkliwy kompleks. Otóż, zawsze uważałem za poważną ułomność fakt, że nie mogę dostrzec dzięcioła walącego w pień lub konar. Najbardziej obciachowe były sytuacje, gdy kilka osób stało z zadartymi głowami pokazując sobie tego dzięcioła (o, jaki wielki itd.), a ja dalej go nie widziałem. Tego dnia w Puszczy Augustowskiej nad naszymi głowami w pnie i konary waliły całe zastępy dzięciołów, a ja zobaczyłem wszystkie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *