Nic się nie dzieje w Wodziłkach

Suwalszczyzna – część 5

Wodziłki odwiedzam z duszą, co przysiadła trwożliwie na mym wątłym ramieniu. Boję się zmian, które mogły przetoczyć się przez to miejsce pod moją długą nieobecność. Po tych kilkunastu latach spodziewam się napotkać tutaj jakiś plenerowy wariant cepelii, skansen za pieniądze pozyskane z Unii. Zgrabny automat na wjeździe, po wrzuceniu monety na środek drogi wyskakują starowiercy w ludowych strojach, a z komina bani bucha dym. Tego wszystkiego się obawiam, ale na szczęście niepotrzebnie.

Staję w miejscu kluczowym, na rozdrożu przy molennie. To jest stała powierzchnia badawcza w Wodziłkach, punkt monitoringu zmian i zagrożeń. Stwierdzam z ulgą, że jest tak, jak to niegdyś sobie zapamiętałem. Miejsce, w którym nic się nie zmieniło przez dwadzieścia lat, to jest wartość sama w sobie i wyzwanie rzucone czasom płynnej rzeczywistości. Przybyły drobiazgi, które są do zniesienia. Tabliczki szlaków turystycznych, mała tabliczka zapraszamy na kąpiele w bani. Stoję więc przez chwilę na tym rozdrożu i upewniam się, że wszystko jest właściwie w porządku. Nie mam ochoty na jakieś szczegółowe oględziny. Nie chcę zagłębiać się w głąb wsi. Co to może być zresztą za zagłębianie się w przypadku Wodziłek. Ale nie chcę ryzykować, że tych kilka metrów dalej wejdę na coś, od czego smutno mi się zrobi. Nie interesuje mnie wnętrze świątyni ani kąpiele parowe. Interesuje mnie to pierwsze, najbardziej ogólne wrażenie z rozdroża. Opuszczone gospodarstwo, stodoła, molenna, szutrowe drogi. Żadnych ludzi. Żadnego ruchu. Nic się nie dzieje w Wodziłkach. Nawet, jeśli to tylko pozór. Następna kontrola za dwadzieścia lat. Wracamy na Cisowe Wzgórze przytrzymując na głowach czapki, spod których wiatr wyrywa zaciekle strzępy myśli.


Więcej o Wodziłkach, wsi staroobrzędowców


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *