Poszukiwanie przygód w Puszczy Rominckiej

Suwalszczyzna – część 4

Skaczemy przez dawną pruską granicę, aby znaleźć się w samym środku Puszczy Rominckiej. Spodziewam się przygód. Gdzieś tutaj zaczynają się ruscy, a po nich zawsze można spodziewać się mocnych wrażeń. Kolejne kilometry, podczas których zagłębiamy się w las, budują atmosferę napięcia. Dzień jest pochmurny, a na dnie świerkowego lasu panuje dodatkowo nieustający nigdy półmrok. Jest jakoś cicho, ale wiadomo, wszyscy wynieśli się ze względu na sąsiedztwo. Maszerujemy starą drogą, którą Niemcy obsadzili kiedyś czerwonymi dębami. Wtedy to były Prusy Wschodnie, cesarskie lasy do gnębienia jeleni i innej zwierzyny łownej. Ogrodzone wysokim płotem tak, żeby plebs nie przeszkadzał cesarskiemu majestatowi w namierzaniu kolejnych celów. Potem Goering zwoził do swojej puszczańskiej rezydencji dzieła sztuki skradzione w całej Europie. Wypełnione po brzegi ciężarówki mogły jechać nawet po tej drodze. Pierwszy koneser Rzeszy w spokoju i ciszy rozwijał swoje kolekcjonerskie upodobania, wdychając w płuca puszczańskie powietrze. Przynajmniej do chwili, w której zaczęło śmierdzieć spalinami nadjeżdżających od wschodu t-34.

A zatem, wędrujemy przez te lasy i siłą rzeczy robi się coraz straszniej. Magda rezygnuje w pewnym momencie, ponieważ gps pokazuje, że to jest właśnie granica, prawdopodobnie ten palik wbity w ziemię przy drodze. To jest granica i ona za żadne skarby dalej nie idzie, a już zwłaszcza do ruskich, bo wiadomo, jak będzie. Zastrzelą, przeciągną na swoją stronę i że niby przemyt był. Upieram się, że to jednak nie jest jeszcze granica, bo by tablica była. Zresztą kilka tablic najpewniej. I tamci nie byliby sobą, jakby jakiegoś drutu kolczastego nie pociągnęli, rowu nie wykopali. Słowem, to nie może być jeszcze tutaj, z tym palikiem tylko i nic więcej. Umawiamy się w końcu, że ja zagłębiam się na terytorium hipotetycznie obce w poszukiwaniu wrażeń. Magda ma czekać na swojej granicy i w razie czego (serie z pepeszy, dudnienie ciężkiej artylerii, głośne, przeciągłe uuurrraaaa!!!) ma zadzwonić najpierw do Naszego Dziennika, a potem na policję. Idę dalej sam i myślę o tym, jak to policja po przyjęciu magdowego zgłoszenia uruchamia swoje procedury, obmyślone z największą troską o dobro poszkodowanego obywatela. Jak to spisywane są protokoły na komendzie w Gołdapi. Chyba w Gołdapi, bo przecież może być też tak, że komenda nie wie, czy się przypadkiem nie kończy w tym lesie i czy ta droga obsadzona czerwonymi dębami to jest jeszcze ich rewir. Może trzeba będzie ustalać, kto właściwie ma się całą sprawą zająć. Bo może jakaś zamiejscowa komórka policyjna w Żytkiejmach dajmy na to, a ona jest czynna sezonowo, i o letni sezon tu chodzi, gdy tłumy wczasowiczów knują w okolicy, jakby tu przedostać się za granicę, mając do dyspozycji zestaw do nurkowania z Lidla (29,99 plus banany 2,99/kg). Może być więc i tak, że nikt moją sprawa nie zdąży się zająć. Więcej nawet, placówka zamiejscowa w Żytkiejmach może nie doczekać następnego sezonu po tym, jak w wyniku incydentu granicznego w Puszczy Rominckiej rozpocznie się inwazja wojsk Federacji Rosyjskiej na ziemie polskie, a przy okazji wszystkie inne, bo jak wiadomo, kiedy oni już ruszą, to siła rozpędu jest taka, że lepiej nie próbować tego zatrzymać, musi się samo wypalić. Pod Alpami najpewniej. Oczywiście wszystkie te rozważania razem wzięte nie są za bardzo mądre, bo zamiast na policję wypadałoby raczej dzwonić od razu do Straży Granicznej. Ale specjalnie nie powiedziałem o tym Magdzie, mam bowiem nieodparte wrażenie, że Straż na tym akurat odcinku granicy musi być wyjątkowo nerwowa i pewnie strzela od razu. A z policją to zawsze trochę zabawy może być. Więcej już nie wymyśliłem, bo dotarłem do granicy właściwej, o czym dobitnie świadczyć miały: tablica granica państwa przekraczanie zabronione, druga tablica: granica państwa przekraczanie zabronione , trzecia tablica: pas drogi granicznej wstęp wzbroniony, szlaban, dwa słupy. Polski z plastiku. Żenujące. Rosyjski betonowy. Budujące, może nie zamierzają się stąd ruszać. Na słupku rosyjskim lśni wspaniale wyrysowane na blaszanym tle godło, orzeł Federacji, orzeł carskiej Rosji, przedstawienie piękne i robiące o wiele większe wrażenie od naszego. I ten ich orzeł to jest główny cel mojej wyprawy, chcę go mieć na zdjęciu, bo mam wielką słabość do godła Czech i Rosji właśnie. Taka ikonograficzna fanaberia. Nie przypuszczałem, że będę musiał przedzierać się jeszcze przez pas drogi granicznej. Z drugiej strony, nie ma przynajmniej drutu kolczastego. Zakładam optymistycznie, że pas ziemi niczyjej nie jest zaminowany. Dopadam ruskiego słupka, robię zdjęcia i rzucam się z powrotem. Ale frajda! Nikt nie strzela. Otrzepuję się po polskiej stronie i ruszam jak gdyby nigdy nic, że niby grzybów szukam. Powoli układam sobie w głowie to, co widziałem. Koniec świata po tamtej stronie jest możliwy. Stara pruska droga ginie jak ucięta, w zieloną otchłań prowadzi zarośnięta ścieżka. Ani śladu czerwonych dębów. Gdzieś na końcu tych pokrzyw wychodzi się pewnie w bezmiar azjatyckich stepów, i to musi być piękne.

2 myśli nt. „Poszukiwanie przygód w Puszczy Rominckiej

  1. Zakątki Autor wpisu

    Dziękuję za miłe słowa i zapraszam do lektury ;)
    Pozdrawiam ciepło.
    Piotr Rochowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *