Przesilenie


Dwudziesty drugi grudnia. Osiem godzin i dwie minuty. Dzień w okolicy Olkusza nie może już być krótszy. Bardzo daleko stąd Słońce odbija się właśnie od linii zwrotnika Koziorożca i zaczyna powoli wracać na naszą, albo mówiąc wprost i bardziej bezpośrednio – na moją stronę. Idę przez krajobraz udający zimę i czuję, że także w mojej głowie jakiś zwrotnik przestawia myśli, które nieśmiało zaczynają wędrować w stronę horyzontu, zza którego za niedługo wyłonią się zielone badylki zwiastujące wiosnę. Wszystko to cieszy, choć nie jest za bardzo oryginalne. W kalendarzu aż gęsto od świętowania. Na wschodzie za chwilę urodzi się Mitra i Jezus z Nazaretu, w Rzymie trwają Saturnalia, Słowianie obchodzą gody, a w mojej ulubionej Skandynawii wszyscy świętują Jul. I chociaż powrót Słońca jest w zasadzie pewny, biorę sprawy w swoje ręce, wyruszam w las i rozpalam przesileniowe ognisko pomimo, że las płonie szybko, a rośnie wolno. Trochę frazerowskiej magii homeopatycznej nie zaszkodzi. Ponieważ wedle tej szkoły „podobne powoduje podobne”, rozpalam ogień z niezachwianą pewnością, że Słońce to zauważy i ruszy w te pędy w podolkuskie strony. Dla wzmocnieniu efektu zabieram ze sobą Kozę Jul, stwora magicznego z dalekiej północy, posiadającego wielką moc w czasie przesilenia. Może różni się trochę od tej, którą dla Szwedów wyrysował kiedyś John Bauer, ale niech tam, w końcu tutejsze biedne sosenki to nie jest północna tundra. Siedzę tak sobie i myślę o jakimś moim południowym alter ego, które biega teraz nerwowo po rozgrzanej plaży, rozpalając ognisko być może kilka razy większe od mojego. Co nie jest bynajmniej trudne, bo moje złożyłem z ledwie kilku patyków na krzyż. Ale tamtemu i tak nic nie pomoże. Przynajmniej nie w tej chwili. Może go najwyżej przesilić z nerwów. Tak to już jest z magią, że czasem skutkuje, a czasem nie. A u nas jutro dzień będzie dłuższy już o minutę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *