Roczne archiwum: 2012

Pierwsza zima

Jaworki-Obidza-Eliaszówka-Piwniczna-Pisana Hala-Frycowa, 39km/+1867m

Pierwsza zima przyszła w tym roku w pierwszym tygodniu grudnia. Pojechałem wtedy w Beskid Sądecki. Znowu. Pomyślałem przy tym, że jeżeli zabiorę ze sobą rakiety, to w górach będzie masa śniegu. Nie zabiorę rakiet, ergo śniegu nie będzie. Wciąż próbuję z magią sympatyczną, że niby podobne wywołuje podobne. U pierwotnych się sprawdzało, u rozwiniętych nie chce. Miałem trochę czasu żeby o tym pomyśleć, kiedy wspinałem się z wolna z Jaworek w stronę Obidzy. Czytaj dalej

Listopadowe miejsca w Sądeckim

Tylmanowa-Koziarz-Dzwonkówka-Przehyba-Radziejowa-Niemcowa-Rytro-Makowica-Łabowska-Praszywka-Piwniczna, 70km/+3690m

Druga połowa listopada to był dobry czas na wędrowanie po górach. Październikowy śnieg zdążył gdzieś zniknąć, a ten prawdziwy, zimowy, nie może się jeszcze zdecydować. Do południa ziemia jest zmrożona i trzeszczy pod stopami przy każdym kroku. Wiele można zdziałać w takich warunkach, jeśli tylko zdrowy duch wciąż nawiedza zdrowe ciało. Trzeba się tylko trochę spieszyć, bo ledwie zdąży się zrobić jasno, już robi się ciemno. Kolorów niewiele, jest już za późno na takie przyjemności. Są za to dodatkowe przestrzenie, które otwierają się w prześwitach pomiędzy nagimi gałęziami drzew. I poranne mgły w dolinach. No i spokój, spokój przede wszystkim. Wyjątkowo nikłe prawdopodobieństwo spotkania kogokolwiek, poza obsługą schroniska. Można do woli kontemplować samotność i rozważać po raz enty, jakie to wszystko zadziwiająco piękne. Czytaj dalej

Hydrant w Żelazku

Pouczająca historia z dawnych czasów

Dawno, dawno temu, w samo południe pewnego skwarnego, suchego, lipcowego dnia stanąłem przed hydrantem w Żelazku. Trzeba przy tym wiedzieć, że skwarny, suchy, lipcowy dzień w Żelazku to jest coś zupełnie innego, niż na przykład skwarny, suchy, lipcowy dzień w Krościenku, albo w Wołowie, albo w jakimkolwiek innym miejscu. Skwarny, suchy lipcowy dzień w Żelazku(może jeszcze w Ryczowie i w Śrubarni, ale na pewno już nie w Kwaśniowie) oznacza szczytowy moment lata stulecia, kulminację katastrofalnej fali upałów. Jeżeli w Żelazku jest skwarny, suchy, lipcowy dzień, to można się spodziewać, że w największych metropoliach świata dawno już nie ma wody w kranach i miejsc w szpitalach. Właśnie w takim momencie, gdy w wielkim Rowie Afrykańskim padały z pragnienia ostatnie antylopy gnu, stanąłem przed tym hydrantem. W kompletnej ciszy, ja i hydrant. Nad głową bezlitośnie palące słońce, w plecaku pusta butelka. Czytaj dalej

Łowcy kapliczek

O polowaniu na kapliczki na Pogórzu Wiśnickim

Polujemy na kapliczki. Polujemy trochę poza sezonem. Na Pogórzu pachnie teraz kolorami i babim latem, które snuje się na tle granatowego, jesiennego nieba. To trochę rozprasza instynkt łowiecki. Chciałoby się raczej odlecieć na cienkich pajęczynach do ciepłych krajów, albo po prostu położyć się na cały dzień na jednej z tych polan pod Rogozową. Za niedługo przecież wszędzie tutaj będzie leżał śnieg. Ale nic z tego. Tropimy. Czytaj dalej

Święci w podróży

Na Ponidziu, gdzieś między Pińczowem a Szczaworyżem napotkaliśmy na gatunek świętych w podróży. Stoją sobie ci biedacy pośród pól, w miejscach najmniej spodziewanych. Trochę tak, jakby się pogubili. Jakby wędrowali kiedyś skądś dokądś w bardzo pilnych, świętych sprawach, aż tu znienacka w połowie tej wędrówki dopadła ich nagła niemoc, i tak już zostali. Wiatr wokoło świszczy, deszcz zacina, mróz nie oszczędza, ptak nie ma litości. Po kilku latach życia w takich warunkach, święty mizernieje na twarzy, traci na szacie, tu mu coś odpadnie, tam się rozleci, ale on trwa na tym swoim wygwizdowiu i podziwia widoki. Żal świętego, pomóc trudno, bo ani przygarnąć pod dach, ani doposażyć sensownie na zimę raczej się nie da. Zresztą, może jest zupełnie inaczej? Może te miejsca są jak najbardziej na miejscu, i to nie oni są pogubieni tylko my? Błądzimy wśród pól patrząc na to wszystko i nic z tego nie rozumiejąc? W takim razie, to nam przydałoby się przygarnięcie pod dach i jakaś wyprawka na trudne dni. Może…