O utrudnieniach w podziwianiu suwalskich krajobrazów

Suwalszczyzna – część 7
Zapis terenowego ataku frustracji


Utrudnienia, na jakie napotyka wędrowiec przemierzający październikowe Pogranicze są natury czysto ludzkiej. Ludność miejscowa w jednym bowiem wydaje się nie różnić od reszty mieszkańców kraju między Bugiem i Odrą. Jest to mianowicie odnajdywanie szczególnego upodobania w zaniedbywaniu. Zaniedbać najlepiej jest pod pozorem, że i tak przyjdą i zabiorą. Tyle razy już przychodzili i zabierali, jak nie Ruscy to Niemcy, jak nie komuna z Moskwy to komuna z Brukseli, więc zaniedbać, żeby się nie cieszyli za bardzo, jak już tu będą. Nasypać im do rowów starych lodówek i telewizorów, zostawić w polu ciężarówkę zużytych pampersów, wrzucić do rzeki trochę plastiku, zabełtać zużytym olejem, niech się zaborcy potem głowią, co z tym zrobić, niech im kością w gardle stanie.

A na chałupy nasze żeby się nie połasili, to najlepiej tak je urządzić, żeby w oczy za bardzo się nie rzucały. Nie tynkować bez konieczności. A trzeba wiedzieć, że przyzwoity wygląd to nie jest tutaj żadna konieczność, co po nocach człowiekowi spać nie daje. Blachę na dach, taką tanią, bo reszta z tych pieniędzy musi jeszcze wystarczyć na abonament za cyfrę. I jeszcze gdzieś w widocznym miejscu obowiązkowy składzik ze wszystkim, co sobie można wyobrazić i jeszcze dużo więcej. Piramida dóbr niegdyś luksusowych, obecnie odrzuconych. Instalacja na bazie starego traktora, połówki malucha i zużytych opon, obrastająca z czasem wszystkim, co się zużyło albo popsuło, a czego żal przecież, tak za bezcen. Jeszcze ktoś będzie miał jakiś użytek, jeszcze ktoś zmajstruje z tego coś, co, nie daj Boże, zadziała i będzie chodzić. Takie to enklawy zaniedbania porozrzucane niedbale w przestrzeni, połączone nitkami asfaltu, bo droga szutrowa to może w Afryce u tych Murzynów, ale u nas panie Europa jest, asfaltem będziem jeździć.

Nad wyraz przy tym rozwinięte poczucie własności, kilometry elektrycznych pastuchów albo sznurków, z całą powagą udających elektryczne pastuchy. Przestrzeń pocięta palikami, na których ciągną się te kabelki i sznureczki we wszystkie strony świata. Kilometrami wędruje się mając to obu stronach i jeśli najdzie człowieka nagła potrzeba, nie ma opcji, pozostaje tylko środek drogi, żeby świętego prawa własności nie naruszyć. W efekcie krajobraz cały rozpostarty, rozciągnięty jest na tej sieci pastuchów elektrycznych i sznurkowych. Wisi na niej, czepiając się rezolutnie zamontowanych izolatorów i prawie pewne jest, że gdyby zwinąć całą tę instalację, świat zapadłby by się w niebyt, szczezł i zaginął bez śladu. Sens tego, nie wiem, nie znam się, jakaś konieczność pewnie mocno uzasadniona, bo bez sensownego uzasadnienia nikt chyba nie wziąłby się, sam z siebie, za nawlekanie tych drucików w szczerym polu. A więc jest być może sens, uzasadniony i udokumentowany w licznych pracach naukowych i w bogatym doświadczeniu, co to z dziada i pradziada. Tyle, że dla wędrowca to jest żadna pociecha, bo z przestrzeni pogrodzonej, podzielonej i poszatkowanej, czyli po prostu zniewolonej, nigdy nie będzie tyle radości co z wolnej i nieokiełznanej, co to ściga się z wiatrem wszerz i wzdłuż jak okiem sięgnąć. Płynie więc narracja krajobrazu, ocenzurowana drutem i sznurkiem, potykając się co chwilę o przecinki farm oczekujących na nadejście zaborcy. Wszystko to napawa smutkiem. Nie da się już jak niegdyś po prostu iść przed siebie. To znaczy można, ale lepiej nie mieć na tą okoliczność rozrusznika serca, bo można polec na pustkowiu za przyczyną kawałka kabla, a to nie jest śmierć bohaterska.

Aczkolwiek zawsze jest nadzieja, że przed porażonym zatrzyma się pomykające śródpolnym asfaltem audi (a gładkość jego cudownie współgra z gładkością asfaltu i lśni audi na lśniącym asfalcie w promieniach wschodzącego słońca), wydobyte na okoliczność niedzielnej mszy zza pryzmy pustaków.

Kraina elektrycznego pastucha.

Porzucony prototyp, szczytowe osiągnięcie rodzimego przemysłu wodniarskiego. Rower wodny (balony wodne?). Plaścior, dykta, rurki.

Kompozycja zastana, a nie żadna ustawka…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *