Nazwy i drzewa

Suwalszczyzna – część 8

W tych stronach wędruje się po nazwach. To często jedyna pozostałość po dawnych gospodarzach, którym historia nie dała szansy. Miejsca i nazwy jaćwieskie, litewskie, polskie. To wydaje się oczywiste, z tym właśnie kojarzy się Suwalszczyzna. Mała Litwa cofnęła się na wschód i przycupnęła pod samą granicą, gdzieś między Puńskiem i Sejnami. Jaćwież została zlikwidowana wspólnym wysiłkiem sąsiadów, co wygląda na typowe osiągnięcie ekspansywnego niegdyś chrześcijaństwa. Ale są też miejsca mniej oczywiste, jak Szweda Mogiła i Góra Prusaka w Górach Sudawskich. Brniemy godzinami przez gołe grzbiety, nie wiedzieć dlaczego zawsze pod wiatr, a wokół nas snują się Krzyżacy, Prusacy, Litwini, Jaćwingowie, do tego kilku naszych, niewielu więcej Szwedów. W tle jakieś postaci jeszcze bardziej zagubione, wiatr rzuca nimi między samotnymi głazami, a oni nie mają się gdzie podziać. Po nich nawet nazwy nie zostały. Tożsamość utracona bezpowrotnie.

Podobnie dobrze jak nazwy radzą sobie także drzewa. W starych, nieistniejących folwarkach i dworach dawno rozpadły się ostatnie fragmenty murów, ale wciąż jeszcze stoją prowadzące do nich aleje i parki. Trwają, choć zarośnięte, pokrzywione i zdziczałe. Kiedyś pomyślane jako miły dla oka dodatek, przetrwały mury, które miały upiększać.

Albo na przykład środek Puszczy Rominckiej. Puszczańska, kręta i dzika rzeczka Błędzianka, na kilkaset metrów przed tym, jak stanie się, chcąc czy nie, Krasnają. Miejsce nazywa się Most Cesarski. Ani śladu mostu i cesarza. Więcej, nie ma cesarskiego dworu myśliwskiego ani cesarskich lasów. Nie ma kolei, którą cesarz przyjeżdżał na polowania. Jeszcze więcej, nie ma cesarstwa, które rozpadło się tak dawno, że na jego gruzach zdążyły powstać i rozpaść się z łoskotem jeszcze trzy inne pomysły na Niemcy. Czwarty wydaje się mieć dobrze, ale to tylko na razie. Nie wiem nawet, czy jest w Niemczech jakiś ruch monarchistyczny, skupiający tęsknoty za Hohenzollernami. Jeśli takie w ogóle istnieją. W każdym razie tutaj pozostała tylko nazwa. I aleja czerwonych dębów w samym środku puszczy. Dziś prowadzi znikąd donikąd.

Pojawiają się także nazwy innego rodzaju. Taki na przykład oz turtulski. Nie sądzę, abym kiedykolwiek miał zostać koneserem polodowcowych form geomorfologicznych. Opisy ozów, kemów i dolin zawieszonych, spisane skrupulatnie drobnym druczkiem i pomieszczone z trudem na małych tabliczkach przy ścieżce poznawczej powodują moje rozdrażnienie. Historie tam opisywane wydają mi się być mocno naciągane. Ale oz turtulski kupił mnie z miejsca i to właśnie przez samo brzmienie swojej nazwy. Wyrwany z pierwotnego kontekstu zaczął w mojej głowie żyć jako byt niezależny, zamykając w sobie jakąś egzotyczną tajemnicę. I to zarówno w oz jak i w turtulski. Całą własną naukę można by stworzyć w oparciu o oz turtulski który, jak twierdzi Magda, powstał z całą pewnością w ozozoiku. Według krótkiej definicji, oz turtulski jest jesienią, najlepiej w październiku, w słoneczny dzień, kiedy idzie się krawędzią doliny, może to być dolina Czarnej Hańczy. Musi przy tym wiać okrutnie. Klimat powinien być nostalgiczny. Wokół gołe, trawiaste pagórki. Już planuję poszukiwanie ozów turtulskich w okolicach Olkusza, może na płaskowyżu nad Sułoszową. Teraz dopiero mnie olśniło, a przecież od zawsze męczyło  mnie przeczucie, że jest coś więcej w tym płaskowyżu, niż widzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *