Pół wulkanu w sosie majowym

Złotoryja-Myślibórz-Świerzawa, 56km/+1200m

Lektura Regulaminu nie pozostawiała żadnych wątpliwości. W tym roku będzie trudniej. Trzeba zapomnieć o prostej liniówce i beztroskim napieraniu po oznakowanym szlaku. Może i znajdę czas na podziwianie widoków, ale przede wszystkim trzeba będzie, o zgrozo, myśleć. 15 punktów kontrolnych, zaawansowany orienteering. Pomyślałem o wszystkich porażkach nawigacyjnych mojego życia. O tym, jak rok temu wykonałem pewien radosny skrót przez pokrzywy, kierując się wyłącznie intuicją. Przysiółek Jeżyków nad Chełmcem okazał się wtedy być jednym z tych miejsc, w których hasło Luke, użyj mocy powinno być zastąpione przez Luke, użyj kompasu. A potem Wąwóz Myśliborski, który w przedziwny sposób zaczynał się zupełnie, ale to zupełnie gdzie indziej. No cóż, tam mogłem przynajmniej tłumaczyć się tym, że byłem kompletnie zamroczony szarlotką z punktu żywieniowego. A teraz te 15 punktów. Punktów z całą pewnością przyczajonych, podstępnie schowanych, ukrywających się nie za tymi drzewami, przełażących na inną stronę drogi i śmiejących się złośliwie nie z tego brzegu potoku. Ale zaraz przypomniałem sobie łąki nad Pomocnem i Kondratowem, Ostrzycę wieczorową porą i tajemniczy Grodziec, wiszący posępnie gdzieś nad głową tuż po północy. Nie ma rady, trzeba jechać. Zabiorę więcej batonów i dodatkową parę skarpet. Jeśli już koniecznie chcą szukać mnie po nocy gdzieś pod Legnicą – proszę bardzo, jestem do dyspozycji.


Złotoryja, sobota, piąta rano. Wejście do Krainy Wulkanów odnajduję pod Kruczymi Skałami, prawie naprzeciwko stacji kolejowej w Jerzmanicach Zdroju. Prowadzi przez skromny, klasycystyczny portal Skalnego Źródła (Felsenquelle). Miejsce tak oczywiste, że aż podejrzane. Zaglądam do środka, potem patrzę w górę, gdzie stoi długa kolejka do potwierdzenia pierwszego punktu kontrolnego. Pachnie wulkanicznym popiołem. Tak, to jest to. Tutaj zaczyna się Kraina Wulkanów (pomijam wygasłych, bo to obniża dramaturgię). Mogę ruszać dalej, byle nie zapominać o tych punktach.

Co do punktów zresztą, zaraz na początku nabieram przeświadczenia, że jakiś klucz musi być do ich rozmieszczenia zastosowany. System jakiś, czyli metoda. Jeśli tylko wczuję się odpowiednio, bez trudu trafię do wszystkich. Rozpracowanie tej sprawy zajęło mi całe przedpołudnie. Rzecz wygląda tak. Są przede wszystkim punkty na drzewach. Drzewo na szczycie Wilkołaka, blisko urwiska, urywającego się nieopodal pod nogami i spadającego w czeluść kamieniołomu. Drzewo na szczycie Górzca, w lesie Mnichów. Tu jest trochę dziwnie, bo zza kamiennych stacji kalwaryjskich co rusz wyglądają na ścieżkę cysterskie duchy, a miny mają wielce zdziwione. Drzewo na Skałce Elfów. Tutaj punkt wyjątkowo mało skłonny do współpracy. Im bardziej sięgam po perforator, tym bardziej on się oddala, ciągnąc mnie na sam skraj skały. Brzoza przy szczycie Czartowskiej Skały. Maszyna do dziurkowania uwiązana całkiem przemyślnie, trzeba się trochę nagimnastykować. Wyciągam się, jak mogę. Wraca wspomnienie rwy kulszowej, a myśli burzliwą falą płyną w stronę budowniczego trasy. Niech no przyjedzie w moje strony, zrobię mu mały orienteering w okolicy Olkusza, będzie to pamiętał, jeśli przeżyje. A zatem – trzeba szukać drzew w pobliżu przepaści. Prosta sprawa.

Potem są dwa industriale. Punkt w ruinach radiostacji pod Rosochą. Sprzed budynku widoki ciągną się gdzieś po horyzont, wyjątkowo z tego miejsca odległy. Wewnątrz ruin na ścianach galeria graffiti i napisów. Ktoś mocno sfrustrowany musiał tutaj przebywać przez dłuższą chwilę. Potem słup betonowy pod Ziębniakiem. Jakiś taki speszony, nie pasuje za bardzo do tych sielskich krajobrazów i dobrze o tym wie. Ale teraz się przydał, z daleka widać biało-czerwony lampion punktu. Trzeba zatem szukać śródpolnych industrialów. Rzecz na Pogórzu Kaczawskim zupełnie banalna. No i na koniec jeszcze dwa punkty z kategorii inne. Krzyż na Średniej Górze, z historią do pewnego momentu tajemniczą, ale na koniec niestety wyjaśnioną. I jeszcze ruiny schroniska na Wielisławce. Ruiny nad wyraz żywotne i bardzo ruchliwe. Im bardziej ich szukałem, tym bardziej nie było ich tam, gdzie miały być. Dopadłem je w końcu, będąc już na skraju ciężkiego zniechęcenia. A zatem, poza drzewami i industrialami trzeba szukać innych, podejrzanych miejsc charakterystycznych. System prosty na kształt drutu. A miało być trudno.

Kiedy tak już wszystko rozpracowałem, zdążyło zrobić się popołudnie. Pod Organami Wielisławskimi meta pięćdziesiątki. Tutaj zostaję. Nie bez żalu. Gdzieś tam, po drugiej stronie Kaczawy, jest przecież ciąg dalszy. Jeszcze jedna pięćdziesiątka, z Ostrzycą i Grodźcem, Kopalnią Czaple i Lipą „Kasztalenką”. Ale nie tym razem. Siedzę nad kubkiem wody gazowanej i oglądam swoją kartę startową. Kolejne okienka są podziurawione perforatorami na różne sposoby. Ten z Czartowskiej Skały jakiś taki krzywy. Wszystko razem układa się w napis w tajemniczym, runicznym alfabecie. Być może to udar słoneczny, dzień był nad wyraz gorący, ale zdaje się, że napisane jest: „Jeszcze tu wrócisz”. Nie lubię, kiedy ktoś mi coś każe robić, ale w tym przypadku nie protestuję.

Miejsce z historią tajemniczą, która na koniec została niestety wyjaśniona

Industrial w środku pola

Góra okupowana przez duchy cystersów

Punkt w stanie zawieszenia (nad Wąwozem Myśliborskim)

Wszystkie bezdroża prowadzą na Czartowską Skałę

I do tego sos majowy…



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *