Hydrant w Żelazku

Pouczająca historia z dawnych czasów

Dawno, dawno temu, w samo południe pewnego skwarnego, suchego, lipcowego dnia stanąłem przed hydrantem w Żelazku. Trzeba przy tym wiedzieć, że skwarny, suchy, lipcowy dzień w Żelazku to jest coś zupełnie innego, niż na przykład skwarny, suchy, lipcowy dzień w Krościenku, albo w Wołowie, albo w jakimkolwiek innym miejscu. Skwarny, suchy lipcowy dzień w Żelazku(może jeszcze w Ryczowie i w Śrubarni, ale na pewno już nie w Kwaśniowie) oznacza szczytowy moment lata stulecia, kulminację katastrofalnej fali upałów. Jeżeli w Żelazku jest skwarny, suchy, lipcowy dzień, to można się spodziewać, że w największych metropoliach świata dawno już nie ma wody w kranach i miejsc w szpitalach. Właśnie w takim momencie, gdy w wielkim Rowie Afrykańskim padały z pragnienia ostatnie antylopy gnu, stanąłem przed tym hydrantem. W kompletnej ciszy, ja i hydrant. Nad głową bezlitośnie palące słońce, w plecaku pusta butelka.

Będąc człowiekiem z miasta, nie wiedziałem oczywiście, jak się hydrant obsługuje. Nie miał on kurka, zamiast tego wystawały z niego na boki różne elementy na pewno ruchome oraz potencjalnie ruchome. Po naprawdę długiej chwili, w trakcie której boleśnie rozczarował mnie mój intelekt, stawiłem czoła wyzwaniu, angażując w to wyłącznie brutalną siłę. Przedwieczną prowincjonalną ciszę przeszył metaliczny zgrzyt, hałaśliwa konwulsja szarpanego z imponującą pewnością siebie metalu. Im bardziej hydrant nie chciał współpracować, tym bardziej brałem to do siebie. Nie dawałem za wygraną do chwili, w której hydrant zaczął w sposób wyraźny tracić kontakt z podłożem. W zasadzie jeszcze moment, kilka energicznych szarpnięć i mógłbym zabrać go ze sobą. Zaświtała mi myśl, żeby skończyć z nim w zaciszu piwnicy, zawinąć potem zwłoki w folię malarską, wieczorem znaleźć jakieś bagno, wysypisko albo rzekę. Ale rozmyśliłem się po chwili. Odpuściłem. A niech sobie tutaj zdycha. Pomiędzy Ogrodzieńcem i Wolbromiem, Pilicą i Kluczami znowu zapadła cisza, choć w wielu uszach nadal dzwoniło, bo, jak to mówią, wszyscy myśleli, że Rochowski szarpie jeszcze, a to tylko echo… Odsunąłem się na kilka kroków i zacząłem się w niego wpatrywać, trwało to jakąś chwilę, aż w końcu ochłonąłem po to tylko, żeby skonstatować, że nie jestem sam. Co gorsza, przez cały czas nie byłem sam. Moje przybycie na rynek w Żelazku, wstępne rozmyślanie nad hydrantem, atak na hydrant, kontemplacja po porażce – wszystko zostało zarejestrowane przez grupę miejscowych, ukrytych w cieniu przystanku PKS. Otóż, miejscowi ci, sądząc po wyrazie ich twarzy i nieruchomo wpatrzonych we mnie oczu, najwyraźniej przechodzili straszliwe katusze emocjonalne, prawdziwą huśtawkę uczuć, w której raz brała górę chęć ucieczki na widok groźnego wariata, a raz chęć obejrzenia do końca czegoś, czego nigdy dotąd nie widzieli i czego zapewne nigdy już więcej nie zobaczą, choćby nie wiem co. W efekcie trwali zawieszeni w trudnym do zniesienia stanie głębokiego wrycia. Staliśmy teraz naprzeciwko siebie, było już sporo po południu, bo jednak trochę czasu zajęło mi i myślenie o hydrancie i szarpanie hydrantu, i zastanawialiśmy się, jakby tu wybrnąć z tej socjologicznie trudnej sytuacji. Jakieś prądy przepłynęły, coś tam zaiskrzyło, porozumienie międzyludzkie i tak dalej, w końcu stanęło na tym, że w ogóle się do siebie nie odezwiemy, udamy, że nic się nie wydarzyło. Pomyślałem, że chyba raczej powinienem sobie pójść, co też natychmiast uczyniłem. Nie wiem, czy ci ludzie byli w stanie żyć potem tak, jak dawniej. Mnie do dziś pozostał nawyk upartego rozmyślania nad przedmiotami spotykanymi w różnych miejscach. Tyle tylko, że niekoniecznie zabieram się zaraz do wyrywania ich z ziemi. W każdym razie, rozglądam się najpierw dokładnie dookoła, tego się już nauczyłem.

W 2012 roku na miejscu hydrantu jest elegancki chodniczek. Ile w tym mojej zasługi, że hydrant nie przetrwał?


 

2 myśli nt. „Hydrant w Żelazku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *