Listopadowe miejsca w Sądeckim

Tylmanowa-Koziarz-Dzwonkówka-Przehyba-Radziejowa-Niemcowa-Rytro-Makowica-Łabowska-Praszywka-Piwniczna, 70km/+3690m

Druga połowa listopada to był dobry czas na wędrowanie po górach. Październikowy śnieg zdążył gdzieś zniknąć, a ten prawdziwy, zimowy, nie może się jeszcze zdecydować. Do południa ziemia jest zmrożona i trzeszczy pod stopami przy każdym kroku. Wiele można zdziałać w takich warunkach, jeśli tylko zdrowy duch wciąż nawiedza zdrowe ciało. Trzeba się tylko trochę spieszyć, bo ledwie zdąży się zrobić jasno, już robi się ciemno. Kolorów niewiele, jest już za późno na takie przyjemności. Są za to dodatkowe przestrzenie, które otwierają się w prześwitach pomiędzy nagimi gałęziami drzew. I poranne mgły w dolinach. No i spokój, spokój przede wszystkim. Wyjątkowo nikłe prawdopodobieństwo spotkania kogokolwiek, poza obsługą schroniska. Można do woli kontemplować samotność i rozważać po raz enty, jakie to wszystko zadziwiająco piękne.

W Sądeckim, kiedy idzie się z zachodu na wschód, to jest to wędrówka w stronę nieznanego. Przynajmniej w stronę mojego nieznanego. Na początku wszystko jest na swoim miejscu. To są miejsca nad Tylmanową, na Polanie Kolebisko, pod Koziarzem, na Rokicie. Wzrokiem można się zawsze zaczepić o Gorce z Lubaniem, Gorcem i Turbaczem, Pieniny z Trzema Koronami i Wysoką, Wyspowy z Mogielicą i Modyniem. W oddali Babia. I tak przez cały dzień. Wieczorem patrzę, jak za oknem pokoju w schronisku na Przehybie Tatry znikają w ciemności i mrozie. Na drugi dzień Radziejowa na dobry początek. Jak wiadomo, z Radziejowej widać cały świat. Beskid Niski zajmuje cały wschód, wyrasta nad Pasmem Jaworzyny i ciągnie się kolejnymi pasmami dalej i dalej, aż po ostatnie linie grzbietów, które rozmywają się we mgle wiszącej nad horyzontem. Tam to już chyba Turcja musi być. Za Radziejową kończy się swojszczyzna. Jeszcze tylko spod Rogacza można nacieszyć się widokiem na zachód. Potem zostaje już tylko podziwianie panoram orientalnych. Niemcowa, Kordowiec, wieczorem dolina Popradu w Rytrze i koniec dnia w drodze pod Makowicę. W Schronisku na Cyrli dostaję pokój o nazwie Piekarnik. Nie wziąłem tej nazwy na poważnie, raczej jako przenośnię literacką ją potraktowałem. Błąd. Pokój jest nad kuchnią, przylega do komina. Nocka w tropikach. Wcześnie rano wymarsz w zmrożony świat. Pod nogami znowu chrzęści zamarznięta trawa i liście. Mgły przetaczają się przez grzbiet, a kiedy się nie przetaczają, widać rzeczy o których nie wiem za dużo. W schronisku na Hali Łabowskiej kontempluję przez okna jadalni szeroką panoramę Niskiego. Nie potrafię nazwać żadnej góry. Z Łabowskiej odbijam na Piwniczną. Pod Parchowatką trzeba zejść ze szlaku i podejść do górnego skraju hali. Panorama z tego miejsca to jest jeden, wielki zachwyt. Wschód, zalany promieniami ostrego słońca, tonie w porannych mgłach. Południe to są jakieś Góry Nieznane. Trochę bardziej na zachód znajome widoki: Tatry i całe Pasmo Radziejowej. Zostać tutaj, zamieszkać i zestarzeć się na tej hali, toż to jest po prostu najlepszy pomysł na resztę życia. Ale póki co, autobus z Piwnicznej do Krakowa o 13.15, a ja nie jestem jeszcze nawet w Łomnicy…




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *