Pierwsza zima

Jaworki-Obidza-Eliaszówka-Piwniczna-Pisana Hala-Frycowa, 39km/+1867m

Pierwsza zima przyszła w tym roku w pierwszym tygodniu grudnia. Pojechałem wtedy w Beskid Sądecki. Znowu. Pomyślałem przy tym, że jeżeli zabiorę ze sobą rakiety, to w górach będzie masa śniegu. Nie zabiorę rakiet, ergo śniegu nie będzie. Wciąż próbuję z magią sympatyczną, że niby podobne wywołuje podobne. U pierwotnych się sprawdzało, u rozwiniętych nie chce. Miałem trochę czasu żeby o tym pomyśleć, kiedy wspinałem się z wolna z Jaworek w stronę Obidzy.

W zalegającej wokół ciszy jedynym dźwiękiem był towarzyszący każdemu krokowi odgłos miarowego, monotonnego przesypywania puszystego śniegu. W ostrym słońcu białe skrzyło się milionem oślepiających rozbłysków. Nie zabrałem okularów, bo miało nie być śniegu, ponieważ nie zabrałem rakiet. Nie miałem też żadnego kremu. Nie zabrałem go, żeby nie było mrozu… A jeszcze dwa tygodnie temu było tutaj tak rozkosznie smutno, tęsknie i nostalgicznie. Teraz jest dla odmiany biało, jasno i radośnie. Przez tę biel i jasność, panoramy spod  Jasielnika, Obidzy i Piwowarówki wydają się być jeszcze szersze i głębsze. Dopiero po południu od Radziejowej nadciągają ciężkie chmury, ale rozpływają się zaraz nad doliną Popradu. Dzień mija pod znakiem prototypowej herbaty z imbirem. Parzy w gębę i nie można jej pić bez zagryzki. Trzeba będzie przemyśleć proporcje. Najwyraźniej więcej nie zawsze znaczy lepiej. Nocleg w Piwnicznej, przy samym Rynku. Ciepło, kotlet schabowy, a rano porządne śniadanie z jajecznicą. Potem mozolny trawers pasma Jaworzyny. Zima tutaj jakby większa, sięga po łydki, po kolana, a na Hali Pisanej po uda. Wokół znowu ta niesamowita, pierwotna pra-cisza, w której każdy, najdrobniejszy dźwięk wybucha ponad miarę jak jakiś apokapliptyczny grom. Odgłos otwieranego opakowania Delicji niesie się echem od Zadnich Gór aż po Łabowską. Za Pisaną Halą przełamuję linię grzbietu i zaczynam mozolny marsz na drugą stronę pasma Jaworzyny. To jest coś nowego, do tej pory odbijałem się zawsze od linii Makowica-Łabowska-Runek. Warto było, bo nad Frycową trafiam na ciąg pól z szerokim widokami. Beskid Niski, z którego nie kojarzę nic, i Beskid Wyspowy, który z tego miejsca i z tej perspektywy wygląda zupełnie inaczej i też niewiele z niego kojarzę. Nie ma co, nadgryzłem trochę nieznanego. Wszystko to piszę 17 grudnia. Zima się w międzyczasie skończyła, a w najbliższy piątek w ogóle wszystko ma się skończyć. Majowie mają koniec świata. Ustaliliśmy z Magdą, że kupimy wtedy coś na wynos i będziemy do późnej nocy oglądać CNN.

 



2 myśli nt. „Pierwsza zima

  1. paulo

    mobilna wersja. dobrze się czyta :-) wyśmienity smak gór…!

  2. admin Autor wpisu

    Sądecki ma w sobie coś niezwykłego. Nie wiem jeszcze dokładnie, o co chodzi, ale pracuję nad tym…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *