Pozdrowienia znad morza

Urlop w Rewalu

Kiedyś wydarzyła się tutaj pewna prosta historia miłosna. On był rybakiem, a ona pasła gęsi. Czy on był Polakiem, Prusakiem czy może Szwedem – tego nie wiadomo tak samo jak tego, czy ona była stara czy młoda. To co jest pewne to to, że on cały trząsł się z miłosnego uniesienia, a ona nie była specjalnie hoża. Pokonali liczne przeszkody, a potem żyli długo i szczęśliwie. Wspomnieniem po nich są nazwy miejscowości. Trzęsacz, Niechorze, a pomiędzy nimi Rewal, gdzie u stóp klifu urządzali sobie schadzki. Taką historię opowiada Magda i nie mam powodów, żeby jej nie wierzyć.

Za oknem sypialni stoi brzoza. Co rano patrzę po przebudzeniu na firankę, po której nerwowo biegają cienie brzozowych liści, dając pozór jakiejś straszliwej wichury gdzieś tam, na zewnątrz. Po dwóch, trzech dniach wiem już, że wszystko to są tylko strachy na mieszczuchów z głębi lądu. Wychodzę, żeby trochę pobiegać. Mijam krzątających się rybaków. Kilkadziesiąt metrów plaży z kutrami, linami i porozrzucanymi sprzętami morskimi, mała enklawa nadmorskiej autentyczności. Biegnę aż do rury Muldera, która przecina w poprzek plażę jakieś dwa kilometry za Trzęsaczem. Rura stanowi niezwykłe i tajemnicze odkrycie. Wiadomo, że któregoś razu agent Mulder wszedł do niej właśnie tutaj, na plaży w Trzęsaczu. Kiedy kilka dni później wyszedł na plaży w Ystad, był już innym człowiekiem. Co wydarzyło się w trakcie podmorskiej wędrówki i kogo tam spotkał niezmordowany tropiciel kosmitów, tego zapewne nigdy się nie dowiemy. Taką historię opowiadam Magdzie i myślę, że nie ma żadnych powodów, żeby mi nie wierzyć.

Na suficie salonu mieszka pająk. Każdego dnie opuszcza się w dół o jakiś metr i zawisa nieruchomo na dłuższą chwilę, po czym niespiesznie wraca do siebie na górę. Wydaje mi się, że wygląda przez okno żeby nie przegapić pierwszego śniegu. Śnieg leży tutaj podobno do marca – kwietnia i czasem jest go naprawdę dużo.

Wieczorami wychodzę na spacer z psami. Niedaleko od naszego domku zaczyna się polna droga, która prowadzi łagodnie pod górę w stronę pobliskiego lasu. Pola omiata snop światła z latarni w Niechorzu. Kiedy wieczór jest mglisty, snop światła jest prawie namacalny i wydaje się, że można go dotknąć, pochwycić. Mrugającą latarnię dobrze jest też oglądać z Trzęsacza. Jest tutaj pomost, zawieszony kilkanaście metrów nad plażą. Widać z niego mrugające w oddali światełko, choć większe wrażenie robią kotłujące się w dole fale, których białe grzbiety wynurzają się z ciemności wprost przed nami.

Z Magdą generalnie zgadzamy się co do samego wybrzeża. Kiedy oddalamy się w głąb lądu i morze znika z zasięgu wzroku, narastają niezgodności. W szczególności nie zgadzamy się co do Kamienia Pomorskiego, który Magdy nie zachwyca, co mnie szczerze oburza. Inne niezgodności dotyczą starych parków, dworów i pałaców, bardzo licznych w okolicy. Wszystkie je chciałem obejrzeć i zwiedzić. Wszystkie jednak okazały się być pozamykane na dziesięć spustów. Teren prywatny, zły pies i drut kolczasty, oto jest cały bilans zwiedzania. Wracamy nad morze. Kilka kilometrów plaży tu, kilka kilometrów tam. Nasze miejsce znajdujemy w ostatniej chwili, ostatniego dnia, za Mrzeżynem. Klify kończą się tutaj a plaża się poszerza, przechodząc łagodnie w pasmo wydm porośniętych sosnowym lasem. Wieje porywisty wiatr, który piętrzy fale i przegania po plaży tumany piasku. Niebo jest błękitne, morze październikowe, a my szczęśliwi.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *