Roczne archiwum: 2013

Trzy mosty na Popradzie i babka piaskowa

Szczawnica-Przehyba-Głęboki Jar-Niemcowa-Piwniczna-Krynica, 92km/+4300m

Jadę w Sądecki, żeby zbierać pozostałości po letniej inwentaryzacji. Tu kapliczka, tam pomnik, jeszcze gdzie indziej krzyż. Wszystko rozrzucone w nieładzie między Szczawnicą i Krynicą. Linia łącząca te miejsca układa się w nietypowy trawers moich ulubionych gór. Szykuje się przejście nie-kanoniczne, bez Dzwonkówki, Radziejowej i Łabowskiej. Parchowatka z trudem jakoś się jeszcze załapie, ale Praszywka już nie. Będzie Jaworzyna Krynicka, ale to mała pociecha, bo na Jaworzynę chodzę trochę jak na cmentarz – odwiedzić górę, z której duch już uleciał. Na miejsce wielkich nieobecnych wskakują nigdy jeszcze nie oglądane Wietrzne Dziury i Głęboki Jar, no i przede wszystkim Pusta Wielka. I jeszcze coś. Ta trasa trzy razy przekracza Poprad. Mówiąc krótko, nieźle jak na wyjazd w ramach pracy. Czytaj dalej

Łacińska układanka

O książce Paula Theroux Stary Ekspres Patagoński

Sam pomysł na podróż bardzo mi się spodobał. Ciekawił mnie następujący proces: obudzić się rano w domu, złapać lokalny pociąg, jechać nim tak długo, aż ludzie dojeżdżający do pracy wysiądą, a potem zmieniać pociągi dopóty, dopóki nie znajdę się w Patagonii, a tory kolejowe się nie skończą (s. 130). Od razu przypomniałem sobie, o czym myślałem wyruszając dwa lata temu w drogę na Babią Górę. Ciekawił mnie wtedy taki proces: wyjść z domu tak, jak wychodzi się na spacer albo na krótkie bieganie. A potem iść dalej i zobaczyć, co się wydarzy. Nie zawracać z drogi wtedy, kiedy zwykle się zawraca. Minąć ostatnią pętlę autobusową, z której można bezpiecznie i szybko wrócić do domu. Oglądać przepływający przed oczami krajobraz, w którym najpierw wszystko jest dobrze znane, a potem tego znanego jest coraz mniej, mniej i mniej, aż w końcu nie ma go wcale. Po tamtym doświadczeniu wiem, że najbardziej ekscytującą formą wędrówki są dla mnie wyjścia z domu przed siebie, w siną dal, nawet jeśli to jest sina dal umowna, bo wcześniej jakoś zaplanowana. Czytaj dalej

Groza sierpniowej nocy

Olkusz-Sąspów-Ojców-Sułoszowa-Olkusz, 55km/+780m

Wędruję przez pola nad Sułoszową. Księżyc, który towarzyszył mi przez całą drogę, teraz zaszył się gdzieś za horyzontem. Nad głową czarne jak atrament sierpniowe niebo, na nim milion mrugających gwiazd, a każda z nich na swoim miejscu, co wprawia mnie w niemałe zadziwienie. Jest trzecia nad ranem. Do pierwszego brzasku jeszcze daleko. W świetle czołówki co rusz błyskają ślepia niezidentyfikowanych stworzeń, które zaraz czmychają na boki, przerywając ciszę nerwowym szuraniem. Daleko przede mną kolejna para takich ślepiów. Osadzone blisko siebie, tuż nad ziemią, pewnie następny kot albo lis. Stukam głośniej kijami i pokrzykuję, ale stworzenie nie reaguje, co mnie lekko dziwi. Zdziwienie szybko przechodzi w niedowierzanie, bo w miarę jak się zbliżam, tajemnicze zwierzę wydaje się rosnąć. Czytaj dalej

Front na Pogórzu Kaczawskim

Leszczyna, Złotoryja i okolice

Do Leszczyny przyjeżdżamy wieczorem. Gospodarze siedzą w ciemności przed domem i podejmują sąsiada, który niedawno odstawił połamaną żonę do szpitala i teraz cierpi z powodu wielkiej samotności. Przyłączamy się. Nad głowami rozgwieżdżone niebo. Dwa piwa wprawiają mnie w wyjątkowo błogi nastrój. Sąsiad opowiada historie o ruskich stacjonujących kiedyś w Legnicy i o tym, skąd i dokąd lecą samoloty, które wysoko nad Leszczyną migają czerwonymi światełkami. Czytaj dalej

Porzucony zamek, spalony pałac, milcząca góra

Olkusz-Strzegowa-Udórz-Wierbka-Pilica-Kwaśniów-Olkusz, 85km/+950m

Wsiadam na rower i zaraz na początku łapię doła. Nie chce mi się. Nie mam ochoty. Depresja. Może to przez afrykańskie powietrze, które właśnie napłynęło? Może chodzi o przyciemnione okulary, przez które świat wygląda w sposób przygnębiający? Wściekam się, złorzeczę, ale pedałuję. Spokój ducha powraca dopiero w Golczowicach. Wciąż ten sam upał i takie same okulary, ale w głowie jakoś ciszej. W Cieślinie staję na chwilę przy tutejszym nepomuku. Zamyślony święty w milczeniu żegluje po małej sadzawce. Czy on łapie jakieś doły? Przy cmentarzu w Bydlinie mijam półmartwego turystę, rozłożonego (rozkładającego się?) na równo przystrzyżonej trawie w cieniu drzewa nieopodal cmentarnego muru. Rozmaite sprzęty wysypane z ogromnego plecaka poniewierają się w nieładzie wokół umęczonego ciała. Na skraju asfaltu rozstawiona w sposób nonszalancki maszynka gazowa, na niej niebezpiecznie przechylony garnek. W myślach błagam człowieka, żeby się poruszył. Nie chcę stać się świadkiem czyjejś agonii w tej samej godzinie, w której z trudem otrząsnąłem się z własnej depresji. Na szczęście człowiek rusza nogą. Minimalnie, ale rusza. Ma maszynkę i śpiwór, więc przeżyje. Jadę dalej. Czytaj dalej