Ziemie zachodnie

Olkusz-Płoki-Podlesie-Bór Biskupi-Knieje-Sławków-Krzykawa-Laski-Olkusz

Wieczór, okolice letniego przesilenia. Za oknem wiatr przegania po niebie kłębiaste chmury. Zimno. Magda rozlewa gorące kakao do zimowych filiżanek. Myślę, że trzeba gdzieś iść, bo zaraz spadnie śnieg. Mija kilka dni. To zawsze jest problem: gdzie iść, co zabrać i czy w ogóle warto. Przez ten czas na świecie robi się trochę przyjemniej, wraca nadzieja na lato. Idę w końcu na zachód, żeby za jednym zamachem zaliczyć wszystkie miejsca, do których do tej pory nie dotarłem tylko dlatego, że są za blisko domu.

Po drodze wyjątkowo dużo wody. Kozi Bród, potok Żabnik, zalew Sosina, Biała Przemsza, Sztoła, Sztolnia Ponikowska. Ta ostatnia co prawda tylko umownie, właściwie tylko sama nazwa i ślad doliny. Od wody więcej jest tylko lasów. Niezwykła sprawa. Przez ten kawałek ziemi wciśnięty między Olkusz, Chrzanów i Zagłębie Dąbrowskie można iść całymi dniami (a przynajmniej całymi dwoma dniami) praktycznie nie wychodząc w ogóle z lasu. Bukowego albo sosnowego, dorodnego albo lichego, ale jednak cały czas. Wsie mijane po drodze wyglądają jak oddalone od cywilizacji śródleśne enklawy. Pozostałości dawnych kopalni piasku, z pozoru industrialne zgrzyty, zdążyły już na tyle zdziczeć i przesiąknąć atmosferą opuszczenia, że wpisują się w krajobraz, na którego horyzoncie bez przerwy pojawiają się i znikają kominy elektrowni w Sierszy albo Huty Katowice. Niezwykłe? Jak najbardziej.

Biwak planowałem gdzieś w widłach Białej Przemszy i Sztoły. Nad tą drugą znalazłem całkiem dobre miejsce na rozwieszenie hamaka, ale rzeka okazała się być tutaj cokolwiek dziwna. Woda mętna, srebrno-szara, na piaszczystym dnie jakiś osad. Pomyślałem, że jeśli nocą zaczną z niej wyłazić upiory, to nie będę miał większych szans. Dlatego wspiąłem się trochę wyżej, na wystający z brzegu piaszczysty cypel, cały porośnięty sosnami. Z trzech stron wysokie skarpy. Pięść Pierwszych Ludzi, pomyślałem od razu, bo jestem na bieżąco z Grą o Tron. Samotna warownia na dalekiej północy, a po małej korekcie – obozowisko na bliskim zachodzie. Tutaj nikt mnie nie dopadnie.

Ciekawie potoczyły się wydarzenia związane z podgrzewaniem fasolki na ekstremalnie ultralajtowej i do tego surwiwalowej kuchence. Używałem jej po raz pierwszy. Zebrałem szyszki z połowy lasu zastanawiając się, czy to wystarczy. Okazało się, że do podgrzania jedzenia wystarczą trzy albo cztery. Żeby nie skompromitować się do reszty we własnych oczach, pogotowałem wszystko jeszcze przez chwilę, ale ile można gotować gotową fasolkę? Szyszek zostało tyle, że mógłbym doprowadzić do wrzenia całą Sztołę na długości od Bukowna aż do tego miejsca.

Noc minęła niespiesznie pod znakiem świetlików i odgłosów stacji przeładunkowej Sławków Południowy. Słuchałem tego z odrobiną niedowierzania, wyobrażając sobie olbrzyma, który siedzi okrakiem nad torami kolejowymi i bawi się, zderzając ze sobą z całej siły wagony. Wiem, o co chodzi, kiedyś tak samo bawiłem się kolejką elektryczną. Najbardziej pasjonowały mnie właśnie zderzenia i wykolejenia.

Następnego dnia droga próbuje usilnie trzymać się wczorajszych klimatów. Żydowski cmentarz w Sławkowie, Lasy Krzykawskie, wyschnięta Sztolnia Ponikowska i jeszcze jedna opuszczona piaskownia. Wszystko kończy się przy górniczej kapliczce na Starym Olkuszu. Ostatnie kilometry przez olkuskie opłotki to już krajobrazowa katastrofa. W mojej głowie wciąż jeszcze zderzają się wagony ze stacji Sławków Południowy. Zagłuszają je dopiero tiry z drogi krajowej nr 94. Patrzę na ten beznadziejny olkuski industrial, myśląc jednocześnie o wczorajszym dniu i o tym, że wystarczy minąć osiedle z niebieskimi dachami, żeby znowu zgubić się w lasach sięgających gdzieś pod Pilicę. Co za miejsce…




 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *