Nocne ucieczki przy pełni księżyca

W ubiegłym roku sił wystarczyło mi na tyle, żeby przynieść sakwy z piwnicy i je spakować. Poczułem się po tym tak bardzo wycieńczony psychicznie, że przez następne tygodnie nie zrobiłem już nic. Potem spadł śnieg. W tym roku znowu wyniosłem sakwy i je spakowałem. Mało tego, zszedłem do piwnicy i założyłem je na rower. W sam raz żeby stwierdzić, że z tylnym hamulcem jest źle. Nie było źle wczoraj ani przedwczoraj, ani tydzień temu. Zrobiło się źle, kiedy spakowałem rower. Zdjąłem sakwy i zacząłem regulować hamulce. Znowu założyłem sakwy. Teraz byłem już gotów, aby wyruszyć w świat. Ale na schodach piwnicy wypadło mi tylne koło. Zszedłem z powrotem, zdjąłem sakwy, wstawiłem koło, zacisnąłem zacisk tak, jak trzeba (jak ja jeździłem do tej pory, że mi to koło nie odpadło?). I to mogło by w zasadzie wystarczyć na ten rok. Ale nie. Wytargałem rower z piwnicy, wsiadłem i pojechałem. Po przejechaniu mniej więcej trzystu metrów pomyślałem, że jeżdżenie z sakwami jest zupełnie bez sensu. Rozpędzić po ludzku się nie da, a na bagażniku wszystko podskakuje i się telepie. To był dobry powód, żeby wrócić do domu. Ale nie. W Kluczach kupiłem dwie butelki napoju jedź i zwyciężaj. Butelka niebieskiego i butelka żółtego. Teraz nie było już odwrotu. W Kwaśniowie wpadłem na pielgrzymkę. A potem drogi, ścieżki, szutry, asfalty, piachy, błota, kałuże, kamienie. Koło Podlesic wiedziałem już, że wszystko jest ok, że bardzo to lubię i że wcale nie urodziłem się na kajaku, jak do tej pory myślałem, ale pod bramą fabryki Romet, z kompletem sakw w garści.

Kiedy dotarłem w okolice Złotego Potoku było już po zmroku. Plan był taki, że zanocuję na grodzisku Osiedle Wały, licząc na znalezienie wspólnego języka z duchami przodków. I tutaj akurat się przeliczyłem. Ale przyznać trzeba, że zacząłem dobrze. Przed wejściem zapukałem nienachalnie w pień buka, który na oko stał tutaj od czasów mrocznych i nieudokumentowanych. Ośmielony brakiem wyraźnych sprzeciwów, zacząłem się urządzać w samym środku grodziska, pomiędzy potężnymi bukami, w pierwotnej gęstwinie pełnej wykrotów. Prasłowiańskie klimaty, nad głową księżyc w pełni. Jednak po kilku kwadransach zaczęło robić się dziwnie i stwierdziłem, że chyba tego nie wytrzymam. Wątpliwe poczucie duchowej jedności z Prasłowianami uleciało jak powietrze z przekłutego balonika. To milczenie dookoła wcale nie musiało być wyrazem akceptacji. Równie dobrze dawnym mieszkańcom mogło odebrać mowę na widok tak wielkiej bezczelności. A piwnica mogła coś wiedzieć, kiedy nie chciała mnie dzisiaj wypuścić. To mi powinno dać do myślenia. Ale nie myślałem długo. Ucieczkę rozpocząłem około dwudziestej trzeciej. Jazda rowerem w nocy jest przyjemna. Trzeba tylko pamiętać, że ciemne plamy na ścieżce to piach. Zjechałem do doliny Wiercicy, nad staw Sen nocy letniej. Miejsce było o niebo lepsze. Zabrałem się za rozwieszanie hamaka przy Źródle Spełnionych Marzeń. Wszystko było w porządku do chwili, kiedy przypomniałem sobie jakieś historie o tym, że staw był niegdyś wykorzystywany do celów kultowych. Na kwadrans przed północą moja oświetlona blaskiem księżyca głowa była w stanie wymyślić tylko jedną formę kultu. Topienie. Zacząłem się też zastanawiać nad tym źródłem. Czyje mianowicie marzenia mają się tutaj spełnić – moje o przeżyciu nocy czy prasłowiańskich duchów o przebłaganiu bóstw za pomocą atrakcyjnego topielca po czterdziestce. Drugą ucieczkę rozpocząłem grubo po północy. Moje skołatane nerwy znalazły wytchnienie dopiero nad stawem Amerykan. Brak podejrzanych konotacji w nazwie i lokalizacji. Kilka pięknych sosen nad samym brzegiem wody. Pod drugiej stronie wesele. Ale wolę już to, niż dać się utopić, choćby w celach kultowych.

Drugiego dnia długie kilometry niedzielnych, przedpołudniowych asfaltów. Cisza i spokój. Przed Kwaśniowem pielgrzymka, tym razem rowerowa. Zaleta pielgrzymki rowerowej jest taka, że nie ma na niej tyle śpiewania i głoszenia. A jeśli nawet jest, to zasięg tej działalności jest ograniczony przez wzgląd na brak sprzętu nagłaśniającego. Ponieważ wczoraj głupio mi było po tym, jak tylko śmignąłem z zaciętą miną wzdłuż pobożnych piechurów, teraz dla odmiany zwolniłem i zacząłem się uśmiechać i pozdrawiać wszystkich, czym wzbudziłem wyraźny aplauz. Trwało to może przez jakieś dwa kilometry, a kiedy już się skończyło, byłem z siebie bardzo zadowolony.

Ogólne wnioski z wyjazdu: na okoliczność ucieczki przed duchami hamak jest zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Ucieczka skuteczna to ucieczka szybka. Nie wyobrażam sobie zrobić tego równie sprawnie z namiotem. A dzięki hamakowi – znowu przeżyłem.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *