Stary dom w Zagórowej

Przejmujące i malownicze. Smutne i piękne. Dogorywające spokojnie w środku wsi, na jednym lub drugim jej końcu albo gdzieś całkiem na uboczu. Stare, opuszczone domy. Nie mam większych oporów, żeby do nich zaglądać. Kiedy już wiem, że na pewno nikt tam nie mieszka, pukam najpierw do drzwi, jeżeli te w ogóle jeszcze są. Z reguły nikt mi nie odpowiada. Dla pewności czekam jeszcze przez chwilę i w końcu wchodzę do środka. Raczej niczego nie dotykam. Trochę oglądam. Przede wszystkim słucham. Cisza panująca w tych domach jest szczególna i jedyna w swoim rodzaju. To ona interesuje mnie najbardziej. Cisza po niegdysiejszej krzątaninie, po czyjejś obecności, po życiu wciąż jeszcze obecnym w tym lub tamtym kącie cieplejszym od pozostałych. Cisza po radościach i smutkach, ambicjach i planach, po codziennych zmaganiach napędzanych wolą przetrwania. Czasem w tej ciszy pojawia się jakiś szmer, stuknięcie, westchnienie. Wtedy wiadomo, że po domu wciąż jeszcze krążą porzucone wspomnienia. Nikomu już nie potrzebne, snują się nieraz całymi latami pomiędzy zimnymi ścianami, czepiając się porozrzucanych w nieładzie przedmiotów i pajęczyn. Potem przychodzi w końcu któraś z tych zimnych, listopadowych nocy. Przez dawno wybite szyby do środka wdziera się wściekły, jesienny wicher i jednym, zimnym podmuchem wymiata ostatnie, słabe echo dawnych rozmów, śmiechów i milczeń. I wtedy dom milknie na zawsze, a opuszczenie staje się pełne i doskonałe.

Zdecydowanym liderem w kategorii opuszczenie jest jak na razie stary dom w Zagórowej. Trafiłem do niego przypadkiem którejś jesieni, schodząc na przełaj do doliny Dłubni. Najpierw pojawił się zdziczały sad, w którym zakręciło mi się w głowie od zapachów. Potem zobaczyłem otwartą z dwóch stron na oścież stodołę. Wtedy byłem jeszcze przekonany, że ktoś tu mieszka. Ale nie, to miejscowi zrobili sobie skrót prowadzący na leżące dalej łąki. Martwi się nie obrażą, więc po co nadkładać drogi. Praktyczne podejście życia do nie-życia. Potem zza stodoły wyłonił się dom, skąpany w ciepło-mroźnym, październikowym słońcu. Trochę zarośnięty, trochę przykurczony, ale jak najbardziej żywy. Był jeszcze w fazie stygnięcia, ta jesień nie była jego ostatnią. Administracja opuściła go wcześniej, niż wspomnienia dawnych mieszkańców. Dom oficjalnie nie istnieje, zabrano mu numer, nie ma adresu. W środku reszty sprzętów i mebli. Zrujnowany piec, połamane krzesła, ramy łóżek. Zarośnięta pajęczynami naftowa lampa. Na ścianach święte obrazy i ślubne zdjęcie niegdysiejszych właścicieli. Z jakiegoś powodu to właśnie te przedmioty trwają zawsze najdłużej, na przekór okrutnemu losowi. Gdy ze starej chałupy pozostają już tylko strzępy murów, to zawsze są to akurat te fragmenty ścian, na których wiszą jakieś święte obrazki albo zdjęcia dawnych mieszkańców. Nie przestaje mnie to zadziwiać.

W Zagórowej byliśmy znowu z Magdą tej wiosny. Dom cały czas stoi, nic się wokół niego nie zmienia. Liczę na to, że zatopi się w końcu w zapomnieniu tak gruntownym, że nikt nie będzie go szukał w celu rozbiórki i postawienia na jego miejscu letniskowej altany. Tego mu życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *