Oblężenie Malborka

Pierwsze dotkliwe straty ponieśliśmy jeszcze u stóp zamku. Niewinnie, co tam zresztą niewinnie, zachęcająco wręcz i bardzo przyjaźnie wyglądający parking okazał się pułapką na miarę średniowiecznych wilczych dołów, do których łatwo jest wpaść, a zdecydowanie trudniej się z nich wygrzebać. Typowy lep na naiwnych. Złość, że znaleźliśmy się w ich gronie. Parkingowymi biletami za dwadzieścia pięć złotych od samochodu osobowego można by oblepić od stóp do głów największy w świecie pomnik chciwości, który, jak widać, niekoniecznie musi przedstawiać zakopiańskiego górala.

Ugodzeni dotkliwie, ale wciąż jeszcze pełni sił, ruszyliśmy pod mury. Tutaj, w estetycznym, czystym i niezwykle funkcjonalnym budynku znajduje się główna dyspozytornia maszyny do zwiedzania zamku w Malborku. Sam zamek – wpis do rejestru zabytków, pomnik historii, wpis na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Bilet wstępu normalny 39,50 od osoby. Trudno powiedzieć, jakie są tutaj kryteria normalności, ja w każdym razie mam liczne argumenty na rzecz biletów specjalnych dla nas obojga, ale nikt nie chce z nami dyskutować. Zwiedzanie z przewodnikiem, odprawa grup co piętnaście minut, całość trasy około trzy i pół godziny. Po drodze liczne atrakcje, w połowie zwiedzania pięć minut przerwy. Zniewoleni rozmachem oferty zgodziliśmy się na wszystko w nadziei, że w grupie z przewodnikiem łatwiej przebijemy się przez krzyżackie reduty. Rzeczywiście, przedzamcze padło praktycznie niebronione. Zamek średni stawiał już większy opór. Pomiędzy starymi murami podstępny wróg rzucał nam pod nogi kolejne wystawy, odciągające uwagę od krzyżackich korytarzy, sal i refektarzy. Wystawa wyrobów z bursztynu wraz z pokazem tego, jak rozpoznać bursztyn z bursztynu od bursztynu z plastiku. Wystawa dawnej broni, dyżurny klasyk na każdym zamku, tutaj dopasowana rozmiarami do wielkości malborskiej twierdzy. Żołnierska dola, życie codzienne żołnierzy w czasie II wojny światowej. Pomiędzy ułanem kresowym i żołnierzem Wehrmachtu zgubiłem wątek i poczucie orientacji. Uratował mnie trzymany przez cały czas w garści bilet, dzięki któremu mogłem sobie szybko przypomnieć, gdzie jestem. Zaraz potem czujny przewodnik ogłosił przerwę. Krótka wymiana spojrzeń z Magdą. Porozumienie bez słów. Wszystko ustalone. Uciekamy. Anarchia rządzi! Chowamy się najpierw za figurami czterech wybitnych wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego, po czym dajemy w długą na zamek górny, klucząc umiejętnie pomiędzy grupami z przewodnikiem, odprawa grup co piętnaście minut, całość trasy trzy i pół godziny, po drodze liczne atrakcje, w połowie zwiedzania pięć minut przerwy. Nasz nieoczekiwany manewr zaskoczył Krzyżaków i wprawił ich w wyraźny popłoch. W odruchu rozpaczy rzucili jeszcze przeciwko nam swoje ostatnie odwody. Wejście na wieżę płatne osobno, osiem złotych. Ale, ale! Nie wzięli pod uwagę naszych oszczędności na czarną godzinę! Teraz tylko jeszcze ileś tam schodów, których oczywiście na przekór tradycji nie liczymy, i w końcu wieża. W drodze powrotnej wpadamy wprost na naszą grupę. Na twarzy przewodnika najpierw pojawił się radosny uśmiech, a zaraz po nim grymas potępienia, kiedy wyczytał z naszych głupkowatych min, że wcale go nie szukamy, a wręcz przeciwnie. Uciekamy w zacienione krużganki. Przez ramię widzę, jak pokazują nas sobie palcami. Potem jeszcze jakieś schody, trzaskamy potężnymi drzwiami wprost przed nosem wycieczki obcokrajowców skupionych na niezwykle ważnym detalu, i już prawie koniec. Malbork wzięty. Bezcenny rekonesans. Ponieważ w zwiedzaniu najważniejsze jest, żeby wiedzieć co i jak. Średniowieczne mury, zakonne zaułki, pokruszone cegły, ciemne zakątki, drobne detale, gotyckie rozkosze – zdecydowanie tak. Parking pod zamkiem, wystawy o wszystkim, przewodnicka rutyna i babeczka rycerska za siedem złotych – zdecydowanie nie. Stajemy znowu u podnóża zamku. Od pierwszego starcia na polach parkingu minęły trzy i pół godziny. Ciekawe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *