Zamek

Pierwsza myśl Jaki on piękny! W ciepłym świetle przedpołudnia zamek promieniał radosną czerwienią. Czerwona aura otaczała każdy załom muru i każdy postrzępiony fragment ściany. Wyglądało to tak, jakby zamkowe mury od wielu dni chłonęły wrześniowe słońce po to, by teraz zabłysnąć własnym blaskiem, przefiltrowanym wcześniej pracowicie i po wielokroć przez każdą czerwoną cegłówkę. Kwintesencja ceglanej czerwieni warmińsko-mazurskiej. Gotyckiej, choć niekoniecznie. Krzyżacko-pruskiej, choć nie zawsze. Dostojnej w wydaniu zamkowo-kościelnym i bezpretensjonalnej w murach starych domów i stodół. Ciemnej i ponurej pośród ciężkich chmur. Mieniącej się tysiącem odbić i odblasków, gdy skąpać ją w strugach wczesnojesiennej ulewy. Albo ciepłej i radosnej, takiej, jak tego dnia w Szymbarku.

Jaki on piękny, pomyślałem jeszcze raz, tym razem obchodząc zamek dookoła. Chaotyczna, spontaniczna ruina złamała surowość geometrycznego, kwadratowego założenia. Postrzępione linie zrujnowanych murów wiją się fantazyjnymi esami i floresami w górę i w dół, biegną przez puste otwory dawnych okien, domniemane krenelaże i wyobrażone ganki, aby urwać się na nierównych krańcach ułamanych gzymsów, pozwalając wyobraźni mknąć dalej w poszukiwaniu prawdopodobnych dachów.

W samo południe pod zamkiem praktycznie znikąd zebrała się niezorganizowana grupa zwiedzających, czy raczej mających nadzieję na zwiedzanie. Był tu samotny pan objeżdżający zamki i harcerka w cywilu ze swoim chłopakiem. Niemiec, którego dziadek był ogrodnikiem w zamkowych ogrodach. Jego kolega, który przyszedł na świat w pobliskim majątku. My, wielbiciele jesiennych urlopów. I pani przewodniczka. Niezrzeszona. Bez firmowej kurtki z polaru. Bez organizacyjnej plakietki. Całkowicie i na wskroś społeczna. Na co dzień zajmująca się roznoszeniem po ludziach podatków z gminy. Przyjechała do nas na rowerze typu Wigry 3. Była w tym chyba jakaś zasługa samotnego pana zwiedzającego zamki, który gdzieś w biurze informacji turystycznej, od kogoś, jakieś namiary, że taka pani w Szymbarku. I teraz ta pani z Szymbarku otwiera przed nami drzwi prowadzące na zamkowy dziedziniec. Zaczyna się zwiedzanie, które nie ma sobie równych. Od razu pojąłem, że nasza przewodniczka wyrasta ponad przeciętność. W jednej chwili zdemaskowała zaskoczoną Magdę jako osobę znającą angielski i niemiecki, przydzieliła jej pod opiekę naszych Niemców z poleceniem wiernego tłumaczenia tego, co sama powie, po czym czujnie wsłuchiwała się w każde słowo magdowego tłumaczenia, na wszelki wypadek tłumacząc wszystko jeszcze raz w języku germańsko-słowiańskim-kosmicznym. Kiedy brakowało jej słów (trudno uwierzyć, ale był takie chwile) odsyłała nas do strony internetowej, na której można zobaczyć zamek w czasach przedwojennej świetności. Adres tej strony jest tak absurdalnie skomplikowany, że nie byłem w stanie zapamiętać nawet jego części. Patrzyłem na nią, słuchałem jej i coraz bardziej ją podziwiałem. Wielka wiedza, jeszcze większa wyobraźnia i wieńcząca ten pomnik wielkości swoboda, ocierająca się o dezynwolturę, łatwą jednak do wybaczenia za sprawą uroku osobistego i niewymuszonego wdzięku. W sposób tak samo czarujący potrafiłaby oprowadzić zarówno wycieczkę zakładową ze Starachowic, jak i delegację Państwa Watykan. Tak właśnie zachwyt nad zamkiem niepostrzeżenie przeszedł u mnie w zachwyt nad przewodniczką, która w jakimś momencie zarządziła jednak koniec zwiedzania, bo musi teraz jechać do miasta. Pod murami na powrót zamkniętej warowni nasza grupa rozchodziła się tak samo niepostrzeżenie, jak się zebrała. Samotny pan odjeżdżał w poszukiwaniu kolejnych zamków. Harcerka w cywilu zabrała swojego chłopaka, żeby pokazać mu miejsce, gdzie kiedyś ona, namioty i gitary. Niemcy zastanawiali się przez dłuższą chwilę, czy miejscowi nie przegonią ich spod domu dziadka ogrodnika. My wyruszaliśmy na spacer po zamkowym parku. A sam zamek dalej promieniał tą swoją radosną czerwienią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *