Dom nie do końca opuszczony

Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało. Każdą z oznak opuszczenia sprawdziłem po wielokroć i z najwyższą dokładnością. Nie było dymu z komina. Droga dojazdowa zarośnięta. Płot w stanie szczątkowym. Kable energetyczne zerwane. Brak szczekających burków, a psia buda przewrócona na bok. Brak kur grzebiących, indyków gdakających, kaczek kwaczących i przeciągających się leniwie kotów. Brak sznurków z praniem. Lokalizacja też wskazywała na opuszczenie. Zarastająca polana daleko od wsi, prawie pod samym Liwoczem. Kiedyś było tutaj może samotne siedlisko, ale dziś nikt już tu nie mieszka, to pewne. Dom drewniany, zrębowy, pokryty strzechą. Rarytas. Początek XX wieku, może nawet końcówka dziewiętnastego stulecia. Przejść obok i nie zajrzeć to jest po prostu nieprzyzwoitość. Za rok pewnie już go nie będzie. A więc zaglądam.

Od frontu drzwi zaryglowane. Ale zawsze są przecież jakieś wejścia gospodarcze, małe furtki na tyłach, tajne przejścia na wszelki wypadek. Tutaj nie inaczej. Stare, zamknięte na skobel deskowane wrota, może nawet oryginalne z czasu budowy całego domu. Po chwili jestem w środku. Na wprost korytarz do drzwi frontowych. Na lewo do izby, na prawo do  komórki. Czuć stare drewno, zboże, słomę, lekką stęchliznę, kurz i inne rzeczy, których nie rozpoznaję, ale które znam, bo zawsze towarzyszą takim miejscom. Skradam się w kompletnej ciszy i po chwili stoję już na środku izby. Święte obrazy i makatki na ścianach. W rogu potężny, murowano-gliniany piec. Coś mi tu nie pasuje. Stare łóżko z odgarniętą na bok pościelą i rozrzuconymi obok kapciami. Coś jest zdecydowanie nie tak. Piec wygaszony, ale garnki na płycie bynajmniej nie porośnięte pajęczyną. To niemożliwe, żebym aż tak się pomylił. Na stole szklanka z niedopitą herbatą, małe radio tranzystorowe na baterie i jakieś leki. Z tym opuszczeniem to była chyba pewna przesada. Pod moimi nogami zaskrzypiała deska ZAMIECIONEJ podłogi. Zalegająca wokół cisza wypełniła się w jednej chwili dźwiękami, z których prawie każdy przywodził na myśl obracanie klucza w zamku albo czyjeś powolne kroki. Rozpocząłem odwrót spodziewając się, że przy następnym kroku ktoś chwyci mnie z tyłu za kołnierz, wrzuci do wielkiego gara stojącego na tym ogromnym piecu i ugotuje na wczesną kolację. Wracałem niemal dokładnie po własnych śladach, które nagle stały się jednoznaczne i w pełni czytelne. Oczywiście nie było mowy o oddychaniu, co utrudniało sprawę zważywszy, że od wyjścia dzieliły mnie teraz całe kilometry, hektary i godziny drogi. Generalnie udało mi się wyjść żywym. Mam nadzieję, że zapach mojego strachu wywietrzał do czasu powrotu prawowitego domownika. Jedyny niewygodny fakt jest taki, że przy zamykaniu drzwi skobel wypadł mi z lekko roztrzęsionych rąk po to tylko, aby stracić się zaraz bezpowrotnie w wysokiej trawie. Zostawiłem je tylko przymknięte. Ciąg dalszy ucieczki prowadził przez las,  z wykorzystaniem doświadczeń partyzanckich, zakosami, z krótkim odcinkiem w korycie małego potoku. To był pierwszy tak poważny błąd w sztuce zwiedzania opuszczonych domów. Ten skobel wciąż nie daje mi spokoju.

Jedna myśl nt. „Dom nie do końca opuszczony

  1. M.

    Halo, halo! Haaaaalo! Tu Magda! Ja w tym czasie zaprzyjaźniłam się z Bolkiem i Lolkiem! Haaaaaalo! Czyta to ktoś w ogóle?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *