Noc na Jaworzu

Już od Tęgoborza nie było widać zbyt wiele, ale prawdziwa, gęsta mgła zaczęła mnie osaczać dopiero przy podejściu na Babią Górę. Przypomniał mi się zasłyszany w autobusie komunikat pogodowy, w którym pan Pogodynka dramatycznym głosem mówił o tym, że na Babiej sypie śnieg. Ale jaki może być związek pomiędzy oryginalną Babią Górą a jednym z jej klonów, a konkretnie Babią Górą w Pasmie Łososińskim Beskidu Wyspowego, gdzie teraz jestem? Jakiś jednak być musi. Może coś w rodzaju tunelu czasoprzestrzennego, przez który z tamtego babiogórskiego tysiąca siedmiuset metrów sypią się teraz na mnie całe garście zimowych artefaktów? Zły jestem, bo tego nie planowałem, nie zamawiałem i nie podoba mi się. Żeby tak w człowieka od razu śniegiem, pod koniec listopada, w górach?

Wypadki rozwijały się tymczasem nad wyraz szybko. Za Babią Górą pojawił się znany, choć rzadko występujący stan całkowitej niemożności marszu przed siebie. Bez włączonej czołówki ciemność ciemno-mglisto-gęsta, przy włączonym świetle wrażenie bycia na dnie wielkiego garnka z tężejącym krochmalem. I kto posadził wzdłuż ścieżki karłowate świerki srebrzyste? A, to nie są karłowate świerki srebrzyste, tylko zwykłe krzaki, na których w błyskawicznym tempie osadza się szadź. Czyli do mgły, ciemności i wiatru doszedł jeszcze mróz. Jak to się ma do pomysłu spędzenia nocy na wieży widokowej i podziwiania nocnych panoram – nie sposób dociec. Maszeruję przed siebie, tak mi się przynajmniej wydaje, bo ze zmysłów pozostał mi już tylko gps, który twierdzi wprawdzie, że przed siebie, ale gps-y mają to do siebie, że czasem kłamią. Maszeruję zatem prawdopodobnie przed siebie z bolesną świadomością, że nie wiem za bardzo, gdzie jestem, a już zupełnie nie wiem, gdzie jest wieża na Jaworzu. W tych okolicznościach pośród nocnej i mglistej ciszy rozlegają się nagle ludzkie głosy. Z początku niewyraźne, stają się jednak z każdą chwilą mocniejsze. Jeszcze chwila i już z całą pewnością rozpoznaję jedyne w swoim rodzaju brzmienie Radia Maryja. Sytuacja godna chwili namysłu i wytężenia wyobraźni. Listopad, godzina dwudziesta druga, szczytowe partie Pasma Łososińskiego, wiatr, mgła, mróz, Radio Maryja. Z tysiąca myśli, które przebiegły mi przez głowę najbardziej oryginalna była taka, że ktoś przyszedł spać na wieży na Jaworzu i zabrał ze sobą radio, i to nie byle jakie. Wydało mi się to tak absurdalne, że ruszyłem, a właściwie zawróciłem kierując się na wiadome odgłosy. Po kilkudziesięciu metrach zderzyłem się z wieżą. W rozgłośni szedł akurat serwis informacyjny, ale źródło dźwięku nie znajdowało się nade mną, ale gdzieś dalej, pewnie w którymś z domów przysiółka Kretówki. Tak czy inaczej, znalazłem wieżę, czy też ona mnie znalazła, przy czym dotarło do mnie, że przed chwilą minąłem ją w całkowitej nieświadomości. Na górze okazało się, że możliwości rozwieszenia hamaka nie ma. Platforma jest za mała. Zresztą dziwnie tam było przy tej pogodzie, od wpatrywania się w mglistą ciemność doznałem zaburzeń równowagi, a sama wieża też zaczęła chwiać się coraz śmielej na boki. Gdzieś na dole powinna być wiata, po chwili znowu więc błądzę w wielokrotnie już wspominanej mglistej ciemności licząc na to, że w końcu na tę wiatę wejdę, tak jak przed chwilą wszedłem na wieżę. Mija jeszcze trochę czasu i manewr przynosi pożądane efekty. W przeciwieństwie do wieży, wiata stoi pewnie w jednym miejscu i nadaje się do rozwieszenia hamaka. Teraz gorąca zupa pomidorowa Magdy. Usypiam najedzony i rozgrzany, słuchając wieczornej audycji z Torunia i bujając się w rytm podmuchów wiatru znad Babiej Góry.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *