Świątek z dziupli

Zatrzymujemy się w polach pomiędzy Ryglicami a Kowalową. Na rozstaju dróg, pod starą lipą stoi krzyż z kapliczką. Krzyż betonowy, takich nie lubię, na szczęście drewniana kapliczka dodaje mu trochę ciepła. Od strony samotnego gospodarstwa idzie w naszą stronę kobieta z małą dziewczynką. Babcia i wnuczka, jak się okazuje. Obydwie bardzo rozmowne. Więc państwo tak po kapliczkach sobie jeździcie? Ta tutaj to jak Maryni marły krowy, do kościoła poszła bidula, a tam ksiądz proboszcz jej mówi: postaw Marynia kapliczkę, to się zły urok odwróci. Jak ksiądz powiedział, tak Marynia zrobiła, i krowom jak ręką odjął. Ale to jak już tak jeździcie, to tam za górką, do tego pierwszego domu po prawej stronie jedźcie, tam taka furtka, za nią będą pieski i taki pan sam tylko z matką mieszka, a obok tego domu jest kapliczka w drzewie, bardzo stara i nikt o niej nie wie, bo ona w tym drzewie i nie widać jej wcale.

Jedziemy. Za górką po prawej stoi dom. Pieski przed furtką, za furtką, wszędzie. Wysoki, szczupły i pełen jakiegoś niezwykłego wewnętrznego spokoju mężczyzna potwierdza, że tak, jest kapliczka, a właściwie figurka Jezusa, bardzo stara. Mówią, że jak kiedyś zaraza ludzi zabierała, to do dziupli w dębie figurkę Frasobliwego wstawili, żeby choroba chociaż ten kąt ominęła. Potem, jak dąb urósł, to on figurkę do innej dziupli przekładał. A że już wtedy stara była i w rękach się prawie sypała, to w dobrej farbie ją wymoczył, drewno piło aż miło, no i potem do tej dziupli z powrotem. A czy możemy zobaczyć? A pewnie. Idziemy za dom, gdzie na skraju lasu rzeczywiście rośnie przy ścieżce potężny, stary dąb. Pan od piesków wspina się po kruchych gałęziach do wiszącego kilka metrów nad ziemią otworu dziupli. Serce zamiera mi w piersi, wysokość niby żadna, ale pod nogami obutymi w klasyczne gumofilce trzaskają gałązki, kruszy się kora i w pewnej chwili wydaje mi się, że Pan od piesków trzyma się pnia na samej tylko kufajce. Radzi sobie jednak nad wyraz sprawnie, dociera na miejsce, wsadza rękę do środka, potem wsadza całe ramię i … nic. Na twarzy pełnej do tej pory niezwykłego spokoju pojawia się nagle wyraz głębokiego zdziwienia. Przez krótką chwilę coś ustala sam ze sobą, po czym w sobie tylko wiadomy sposób podciąga się jeszcze wyżej, a jego ręka znika w czeluści aż po bark. Myślę sobie, że teraz, prawem klasycznego horroru, coś go w tym drzewie powinno zassać z cichym mlaśnięciem, a potem capnąć także nas, ale nic z tego. Ręką wraca z wnętrza drzewa, a wraz z nią w ciepłym świetle popołudnia ukazuje się figurka. Czy możemy zrobić zdjęcie? Dlaczego nie. Magda wspina się na palce, żeby przejąć skarb od człowieka, który już na dobre przykleił się do pnia dębu. Stara, ludowa rzeźba ma zatarte rysy i jest tak wygładzona na wszystkich krawędziach, jakby przez wszystkie te lata spoczywała na dnie wartkiego potoku. Wydaje się przy tym być tak bardzo krucha, że rozpaść się może choćby od zwykłego oddechu. Nie oddycham więc, kiedy robię zdjęcia. Po krótkiej chwili figurka wędruje z powrotem w górę, z rąk Magdy do rąk Pana od piesków, a potem do ciemnej dziury. Kto wie, kiedy znowu i czy w ogóle Frasobliwy wyjrzy jeszcze ze swojej dziupli, żeby popatrzeć na świat. Odjeżdżamy powoli w pogórzańską siną dal z poczuciem, że zostaliśmy dopuszczeni do jakiejś niezwykłej, pięknej tajemnicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *