Roczne archiwum: 2014

Biegnący w Bucie

oglądani przez niebiegnącego

Szczyrk, piątek. Wczesne popołudnie. Kino Beskid oblężone przez armię czerwoną. Ludzie w czerwonych koszulkach są pochłonięci organizacją. Prostują przekrzywione i układają rozsypane. Upiększają brzydkie, naprawiają popsute i ulepszają niedoskonałe. Przybijają gwoździami albo przynajmniej przylepiają taśmą. Oznaczają, wskazują, informują. Że tędy, że tutaj, że BUT. O szesnastej rusza rejestracja. Pojawiają się uczestnicy, ludzie biegający, homo runnensis. Nowi bohaterowie dramatu próbują wziąć szturmem czerwoną redutę. Ale nie mają szans, podlegają bowiem bezwzględnej pacyfikacji już przy pierwszym stoliku, gdzie cały dobytek biegacza musi zostać przez niego okazany do powszechnego wglądu i weryfikacji. Nie ma tego wiele. Gwizdek i folia NRC. Kubek i czołówka. Ważne są też buty. Ludzie w czerwonym muszą wszystko odhaczyć na swoich listach. Bez tego nici z biegania. Można co najwyżej na deptak nad Żylicą. Dlatego ten i ów musi ruszać na miasto w poszukiwaniu kubka czy baterii do czołówki. W ten piątek w Szczyrku nie ma litości. Potem deklaracje. Zapoznali się, przyjmują do wiadomości i na wszystko się zgadzają. Niektórzy próbują protestować, większość wygląda na pogodzonych z losem. Człowiek podpisze każdy papier, żeby tylko puścili go w końcu na trasę. Na koniec numer startowy, mapa, zaawansowane urządzenie do pomiaru czasu. Potem znikają mi z oczu. Wracają na odprawę, po informacje od Organizatorów. Start o czwartej rano. Biegniemy tędy i tędy. Punkty odżywcze tu i tu. Niedźwiedź jest, ale tam akurat nie biegniemy. Dzika możemy spotkać, wtedy dalej biegniemy. Po odprawie znowu znikają. Zastanawiam się, jak to jest ze spaniem w taką noc. Z moim w każdym razie jest marnie. Czytaj dalej

Oblężenie Malborka

Pierwsze dotkliwe straty ponieśliśmy jeszcze u stóp zamku. Niewinnie, co tam zresztą niewinnie, zachęcająco wręcz i bardzo przyjaźnie wyglądający parking okazał się pułapką na miarę średniowiecznych wilczych dołów, do których łatwo jest wpaść, a zdecydowanie trudniej się z nich wygrzebać. Typowy lep na naiwnych. Złość, że znaleźliśmy się w ich gronie. Parkingowymi biletami za dwadzieścia pięć złotych od samochodu osobowego można by oblepić od stóp do głów największy w świecie pomnik chciwości, który, jak widać, niekoniecznie musi przedstawiać zakopiańskiego górala. Czytaj dalej

Grunwaldzkie nawrócenie

Za sprawą Sienkiewicza mam do Krzyżaków stosunek skomplikowany i niejednoznaczny. To, co w intencji autora książki miało związać mnie po wsze czasy ze świętą sprawą polskich zmagań z teutońskim najeźdźcą, zadziałało wręcz odwrotnie. Zbyszko i Jagienka sami w sobie byli już dla mnie wystarczającym argumentem, żeby opowiedzieć się po stronie Krzyżaków. Ponadto Krzyżacy wyglądali naprawdę pięknie w tych swoich białych płaszczach z ogromnymi czarnymi krzyżami. I mieli Malbork. W filmowym Grunwaldzie krzyżacka pieśń bojowa spodobała mi się bardziej od Bogurodzicy. A przy scenie śmierci Ulryka faktycznie się wzruszyłem. Zresztą z większością klasyki Sienkiewicza było u mnie nie tak, jak trzeba. W Ogniem i Mieczem wspierałem z całych sił powstanie Chmielnickiego, a w Potopie byłem za Szwedami, głównie ze względu na rajtarskie kolety, kapelusze z szerokim rondem i rapiery. W Panu Wołodyjowskim z jakiegoś powodu opowiedziałem się za sprawą Polaków, ale tam podobał mi się bardzo Kamieniec Podolski. Generalnie o moich wyborach decydowały raczej względy estetyczne, niż geopolityczne. Czytaj dalej

Stary dom w Zagórowej

Przejmujące i malownicze. Smutne i piękne. Dogorywające spokojnie w środku wsi, na jednym lub drugim jej końcu albo gdzieś całkiem na uboczu. Stare, opuszczone domy. Nie mam większych oporów, żeby do nich zaglądać. Kiedy już wiem, że na pewno nikt tam nie mieszka, pukam najpierw do drzwi, jeżeli te w ogóle jeszcze są. Z reguły nikt mi nie odpowiada. Dla pewności czekam jeszcze przez chwilę i w końcu wchodzę do środka. Raczej niczego nie dotykam. Trochę oglądam. Przede wszystkim słucham. Cisza panująca w tych domach jest szczególna i jedyna w swoim rodzaju. To ona interesuje mnie najbardziej. Cisza po niegdysiejszej krzątaninie, po czyjejś obecności, po życiu wciąż jeszcze obecnym w tym lub tamtym kącie cieplejszym od pozostałych. Cisza po radościach i smutkach, ambicjach i planach, po codziennych zmaganiach napędzanych wolą przetrwania. Czasem w tej ciszy pojawia się jakiś szmer, stuknięcie, westchnienie. Wtedy wiadomo, że po domu wciąż jeszcze krążą porzucone wspomnienia. Nikomu już nie potrzebne, snują się nieraz całymi latami pomiędzy zimnymi ścianami, czepiając się porozrzucanych w nieładzie przedmiotów i pajęczyn. Potem przychodzi w końcu któraś z tych zimnych, listopadowych nocy. Przez dawno wybite szyby do środka wdziera się wściekły, jesienny wicher i jednym, zimnym podmuchem wymiata ostatnie, słabe echo dawnych rozmów, śmiechów i milczeń. I wtedy dom milknie na zawsze, a opuszczenie staje się pełne i doskonałe. Czytaj dalej

Nocne ucieczki przy pełni księżyca

W ubiegłym roku sił wystarczyło mi na tyle, żeby przynieść sakwy z piwnicy i je spakować. Poczułem się po tym tak bardzo wycieńczony psychicznie, że przez następne tygodnie nie zrobiłem już nic. Potem spadł śnieg. W tym roku znowu wyniosłem sakwy i je spakowałem. Mało tego, zszedłem do piwnicy i założyłem je na rower. W sam raz żeby stwierdzić, że z tylnym hamulcem jest źle. Nie było źle wczoraj ani przedwczoraj, ani tydzień temu. Zrobiło się źle, kiedy spakowałem rower. Zdjąłem sakwy i zacząłem regulować hamulce. Znowu założyłem sakwy. Teraz byłem już gotów, aby wyruszyć w świat. Ale na schodach piwnicy wypadło mi tylne koło. Zszedłem z powrotem, zdjąłem sakwy, wstawiłem koło, zacisnąłem zacisk tak, jak trzeba (jak ja jeździłem do tej pory, że mi to koło nie odpadło?). I to mogło by w zasadzie wystarczyć na ten rok. Ale nie. Wytargałem rower z piwnicy, wsiadłem i pojechałem. Po przejechaniu mniej więcej trzystu metrów pomyślałem, że jeżdżenie z sakwami jest zupełnie bez sensu. Rozpędzić po ludzku się nie da, a na bagażniku wszystko podskakuje i się telepie. To był dobry powód, żeby wrócić do domu. Ale nie. W Kluczach kupiłem dwie butelki napoju jedź i zwyciężaj. Butelka niebieskiego i butelka żółtego. Teraz nie było już odwrotu. W Kwaśniowie wpadłem na pielgrzymkę. A potem drogi, ścieżki, szutry, asfalty, piachy, błota, kałuże, kamienie. Koło Podlesic wiedziałem już, że wszystko jest ok, że bardzo to lubię i że wcale nie urodziłem się na kajaku, jak do tej pory myślałem, ale pod bramą fabryki Romet, z kompletem sakw w garści. Czytaj dalej