Roczne archiwum: 2015

Liście opadają

Październikowa noc na Pazurku, pod szczytem zalesionego wzgórza na południe od drogi wolbromskiej. Od wschodu wzgórze urywa się kilkunastometrową, wapienną ścianą. Pozostałe stoki, przepaściste i strome, robią miejsce dla jednej tylko ścieżyny, która kluczy w pocie czoła, żeby doprowadzić na sam koniec wąskiego, skalnego cypla. Przyszedłem tutaj z zamiarem nałapania do hamaka opadających liści. Biwak rozstawiałem, czy też raczej rozwieszałem w ciemności, pośród dobiegającego zewsząd szmeru. Liście opadały na potęgę. Kiedy wiatr się nieco wzmagał, szmer gęstniał w powietrzu, żeby po chwili zamienić się znowu w delikatny, wszechobecny szelest. W duchu zacierałem już ręce, wyobrażając sobie, jak wczesnym rankiem będę się wygrzebywał spod wielkiej, kolorowej pryzmy. Potem usnąłem. Rano po rozsupłaniu zapiętego szczelnie śpiwora wyjrzałem na świat skąpany w bukowych czerwieniach i żółciach. W hamaku były dwa liście i litr porannej mgły. Za to wszędzie wokół nasypało za kostki. Nic z tego nie rozumiem.

W drodze powrotnej na leśnej ścieżce znalazłem nierozpakowanego snickersa. Spożyłem go niezwłocznie, choć myślałem w tamtym momencie raczej o cieście drożdżowym ze śliwkami. Człowiekowi nie dogodzisz.

Jan Nepomucen rzekomo odnaleziony

Niektórzy mówią, że go nie ma. Inni twierdzą, że jest, choć wyczuć można w tych słowach cień wątpliwości. Nepomucen zagubiony, Jan usilnie się ukrywający, nepomuk najwyraźniej wędrujący. W niejasnych i sprzecznych relacjach pojawia się a to pod Duchową Górą, a to na Rogozowej, a nawet gdzieś za Iwkową. Wymykał nam się długo i wytrwale. Po kilku nietrafionych akcjach poszukiwawczych zaczął powoli obrastać legendą. Będąc w jego temacie już niemal u kresu sił, wczesną jesienią zorganizowałem dwudniową wyprawę ostatniej szansy. Jeśli nie znajdę go tym razem, to nie znajdę już nigdy.

Znalazł się! Był pod Rogozową, przy niewyraźnym rozstaju mocno zarośniętych ścieżek, na postrzępionej granicy rolno-leśnej, w miejscu, do którego bez gps-a nie trafiłbym po raz drugi. Odnalazłem go późnym popołudniem, gdy dolina pogrążała się już powoli w ciemności. Kiedyś na kamiennym postumencie stał pewnie krzyż, później utrącony, przez co dzisiaj na samym szczycie znajduje się niewielki, prosty, płaskorzeźbiony wizerunek świętego. Na drugi dzień rano przyszedłem tu jeszcze raz, żeby utrwalić w pamięci atmosferę tego miejsca, która ma w sobie coś z prasłowiańskiego świętego gaju.

A teraz najlepsza część historii. Po powrocie do domu zajrzałem do pewnej książki, w której znajduje się jedyne znane mi zdjęcie owego Jana zagubionego. Szybko porównałem tę fotografię z moim znaleziskiem. Nie trzeba było zresztą specjalnie wytężać wzroku. To nie był ten sam Jan…

My z Napoleonem

Przynajmniej raz w roku muszę przeczytać coś napoleońskiego. Tym razem jest to biografia Napoleona pióra Andrew Robertsa. Tom gruby, starannie wydany, samo trzymanie go w rękach to już wielka przyjemność. Wewnątrz osiemset stron doskonałej literatury historycznej, wspaniale wyważonej między przystępną narracją i solidną faktografią. Sięgam po te książki, bo wciąż mam nadzieję, że opisywana po wielokroć historia za którymś razem potoczy się w końcu inaczej. Napoleon nie wkroczy do Hiszpanii. W 1812 roku przejdzie wprawdzie Niemen, ale spędzi zimę na Litwie, a jeśli już wydarzy się historia z marszem na Moskwę, to przynajmniej po bitwie pod Małojarosławcem Francuzi nie wrócą na drogę smoleńską, ale ruszą na Kaługę. W 1815 szefem sztabu napoleońskiego będzie Berthier, a Davout znajdzie się u boku cesarza w czasie kampanii belgijskiej, zamiast siedzieć za biurkiem w Paryżu. Blücher po bitwie pod Ligny nie posłucha Gneisenaua i wycofa się na wschód, a pod Waterloo zamiast niego wczesnym popołudniem pojawi się w oddali korpus Grouchego. Pokonany Wellington okryje się wieczną niesławą, na wieść o klęsce Anglików car Aleksander dostanie zawału i cała koalicja antynapoleońska rozsypie się jak domek z kart. Na taką właśnie książkę czekam i w żadnym razie nie chcę jej przegapić. Kiedy już się pojawi – doczytam ją spokojnie do końca, a potem wyjrzę przez okno na piękny i kwitnący departament francuskiej Cesarskiej Unii Europejskiej – większy i bogatszy od każdego z kilkunastu rozciągających się za Odrą państewek niemieckich, które nigdy nie zdołały się zjednoczyć. Potem jeszcze raz wspomnę z rozczuleniem ostatni rok studiów historycznych – ach, historia współczesna, same nudy, właściwie nic ciekawego po 1815 roku, i z tą myślą poprawię wiszący na ścianie portret Cesarza Napoleona V. To jest korekta historii, której wyglądam z utęsknieniem i niesłabnącą nadzieją. Dla takiej wersji wydarzeń skłonny jestem uwierzyć we wszechświaty równoległe, choć z tego, co wiem, teoria ta miewa się ostatnio słabo.

* * *

Andrew Roberts, Napoleon Wielki, Wydawnictwo Magnum, 2015.

Tytuł wpisu zaczerpnięty z książki profesora Andrzeja Nieuważnego, My z Napoleonem, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1999.

Chłop Ołp na wzgórzu 363

Chłop Ołp z Ołpin przyszedł tu kiedyś i przepadł. W niedzielę chciał w polu pracować, wyobraźcie to sobie. Dwa, może trzy snopki zdołał postawić i tyle go widzieli. Pogórzański Kusy, bratanek diabła, na co dzień leniwy i nieszkodliwy – ot, tyle tylko, żeby pijanego zrzucić z mostu albo chłopem kradnącym drewno w pańskim lesie zakręcić, tym razem wpadł w prawdziwy gniew. Kraść drewno albo upić się czasem – to jedno, ale żeby w niedzielę w polu pracować? Ołp sam się o to prosił. A teraz znikł. Ale nawet bez niego tłoczno jest na wzgórzu 363. Od północy stoi cmentarz z pierwszej wojny. Od południa był kiedyś jeszcze jeden, ale nawet ślad po nim nie został. Urządzono go obok starego kirkutu, żeby pochować żydowskich żołnierzy z armii austro-węgierskiej. Kirkut też już nie istnieje. Po drugiej wojnie rozebrali go miejscowi, bo kamień z macew był dobry na fundamenty i schody. Dopiero ostatnio pewien miłośnik historii zebrał po gospodarzach fragmenty macew i z pomocą gminy zwiózł je z powrotem na stare miejsce. Nie ma tego wiele. Wyżej stoi jeszcze w środku pola krzyż na miejscu starego cmentarza cholerycznego. Całe to wzgórze ze swoją niepokojącą zawartością zabezpieczone jest ze wszystkich stron linią obronną poświęconych miejsc. Na północy – kościół parafialny w Ołpinach. Od południa, południowego wschodu i zachodu – rozłożony niczym wachlarz łańcuszek śródpolnych kapliczek: Sikorówka, Podlesie, Granice. A Ołp, wiedząc przecież, co to za miejsce, tej jednej niedzieli jakby rozum stracił. Był chłop – nie ma chłopa.

Wpływy obce

Moje poglądy i przekonania są na tyle ogólne, że właściwie ich nie ma. Nie boleję nad tym szczególnie – poglądy i przekonania to w końcu jedynie wytwór umysłu, ergo po stronie materii nie istnieje w tej kwestii nic, co można by w sposób realny posiadać. Z takiego podejścia bierze się jednak ryzyko ulegania wpływom. Ja na przykład ulegam wpływom książek. Doświadczam tego od wielu lat, na różne sposoby i z niesłabnącą przyjemnością. Weźmy na przykład większą część tegorocznej wiosny i lata, które upłynęły pod znakiem Petera Wattsa. Skądinąd doskonała fantastyka naukowa, z naciskiem na naukowa. Ale ponieważ Watts, z wykształcenia biolog morski, jest redukcjonistą, ja także stałem się nim po kilku tygodniach lektury. Ciało – to zbiór cząsteczek x, y, z. Ja – to jedynie x + y + z. Myśl błąkająca się w ciele to tylko zwykła interakcja neuronów, a towarzysząca myśli emocja bierze się po prostu z aktywności tego czy tamtego enzymu. Trochę mnie to wszystko zaniepokoiło, bo co innego nie mieć poglądów, a co innego przyjąć, że jest się zaledwie z grubsza uporządkowanym składem budowlanym mniej lub bardziej skomplikowanych molekuł. Jeśli biologia współczesna stała się domeną redukcjonizmu, to gdzie zaszył się holizm? Otóż – w fizyce współczesnej. Dla przywrócenia dobrego samopoczucia musiałem zatem przedrzeć się przez kilka książek Paula Daviesa, nie najnowszych wcale, ale napisanych już w atmosferze owej błogiej niepewności, w jaką naukowców wtrąciły odkrycia fizyki kwantowej. Chwała niech będzie zasadzie nieoznaczoności! Jak to zwykle bywa ze mną i z książkami z serii Na ścieżkach nauki, zrozumiałem mniej więcej czwartą część tekstu, ale to wystarczyło, żeby wróciło do mnie błogie przeświadczenie o tym, że dwa dodać dwa w swojej najgłębszej istocie niekoniecznie równa się cztery. Odetchnąłem z nieukrywaną ulgą. Płynąca z tego nauka dla ludzi bez konkretnych poglądów jest taka: jeżeli zabierasz się za jakąkolwiek literaturę napisaną przez współczesnego biologa, musisz mieć w podręcznej apteczce przynajmniej pięćset stron z zakresu współczesnej fizyki albo najlepiej kosmologii.

* * *

Redukcjonista Peter Watts, Trylogia Ryfterów: Rozgwiazda (2011), Wir (2011), Behemot (2013), Wydawnictwo Ars Machina; tegoż autora: Odtrutka na optymizm (2013), Ślepowidzenie (2013), Echopraksja (2014), Wydawnictwo Mag.

 Holista Paul Davies: Bóg i nowa fizyka (2006, Cyklady), Milczenie gwiazd (2013, Prószyński i S-ka), Kosmiczny projekt (2014, Copernicus Center Press).