Ulotne piękno

O książkach Kawabaty Yasunariego

Yasunari_Kawabata_c1946

Kwiat rozkwita. Ptak przysiada na gałęzi. Księżyc wyłania się zza chmur. Pierwszy śnieg pokrywa zbocze góry. I wszystko to zaraz ulatuje, zgodnie ze swoją naturą. Bo przecież nic nie jest trwałe. Żałować owego ulotnego piękna, wspominać je czy też tęsknić za nim, to znaczy – nie rozumieć natury życia. Próbować piękno zatrzymać – trud sam w sobie nieszkodliwy, jeśli czynić to ze świadomością, że piękno zatrzymane w słowach, na płótnie czy na fotografii to jedynie złudzenie. Wspomnienie czegoś, czego już nie ma, a nie rzecz sama w sobie. Wyobrażać sobie, że piękno można nie tylko zatrzymać, ale i posiadać – to już myśl całkiem kuriozalna, zasługująca jedynie na współczucie wobec umysłu, który ją zrodził.

Ludzkie sprawy wzięte w nawias. Toczą się z wolna małe i duże dramaty, ale tytuły rozdziałów brzmią: Skrzydła cykady, Kasztan, Zimowa wiśnia, Woda o poranku, Wiosenne dzwony, Dom ptaka, Rój komarów, Jesienna ryba… To takie subtelne i eleganckie przypomnienie o tym, że podczas gdy my mocujemy się w naszych umysłach z mniej lub bardziej chorymi urojeniami, świat wokół jest po prostu taki, jaki jest. Piękny i ulotny. Doskonały. I niczego mu nie brakuje.

Mówią, że Kawabata opisywał starą, odchodzącą Japonię. Zwykłych ludzi obdarzonych szóstym zmysłem. Wyczulonych na każdą, choćby najdrobniejszą manifestację ulotnego piękna, które może pojawić się wszędzie i w każdej chwili. Mówią, że takiej Japonii już nie ma. Szkoda.

I jeszcze refleksja techniczna. W naszej strefie klimatycznej trzeba jednak bardzo uważnie dobierać lekturę w zależności od pory roku. Za Houellebecq`a zabrałem się swojego czasu w samym środku mglistej jesieni, co przypłaciłem długotrwałą depresją. Z kolei Kawabata nie wydaje się być najlepszym wyborem na wiosnę. Mijał kwiecień. Życie w jego książkach płynęło coraz wolniej, dzielone na obrazy do coraz głębszej kontemplacji. W tym samym czasie życie za oknem rozpędzało się, wybuchając zielenią i mknąc na łeb, na szyję w stronę maja. Cała zaś konfrontacja tych dwóch światów o dokładnie odwrotnych wektorach odbywała się w moim nieszczęsnym brzuchu, w samym centrum jestestwa, co było chwilami trudne do wytrzymania. Na szczęście znowu pomógł przypadek. Śpiące piękności przeczytałem na końcu. To było niezłe przebudzenie. Zamknąłem książkę, popatrzyłem jeszcze raz na zdjęcie Kawabaty i pomyślałem: –o żesz Ty

Kawabata Yasunari: Głos Góry, 1982; Kraina śniegu, 1969; Tysiąc żurawi, 1986, Śpiące piękności, 1986.

Źródło ilustracji: http://pl.wikipedia.org/wiki/Yasunari_Kawabata, dost. 2015.06.15.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *