Trzydzieści milimetrów

Pogórze Ciężkowickie z Siedlisk do Kołaczyc

Pojechałem na Pogórze zabierając ze sobą jedynie trzydziestkę. I tym razem nie chodzi wcale o plecak, ale o obiektyw. Wysiadłem z autobusu w Siedliskach, wyciągnąłem aparat, popatrzyłem na chmurkę, na ptaszka, kwiatka, tudzież na górę w oddali i… poczułem się jak ostatnia sierota. No bo jak to teraz będzie? Jak ja w ogóle jakieś zdjęcie zrobię? Jak przybliżę – oddalę? Gdzie pierścień magiczny na obiektywie? Gdzie pstryczek dyskretny przy spuście migawki, którym w lewo i w prawo, a świat posłusznie do przodu – do tyłu? I dlaczego nie zabrałem kompakta, tak na wszelki wypadek, żeby w potrzebie się poratować? Żałość, przygnębienie, postępująca depresja. To pewne, że jeszcze przed Brzanką straciłem sto najwspanialszych kadrów swojego życia. Za masztem przekaźnikowym na Narożu zdecydowałem, że nie zrobię już nigdy żadnego zdjęcia.

Pomogły trochę pierogi na Brzance. Wziąłem się w garść. Na granicy Podkarpacia zacząłem nawet coś fotografować. Prawda jest taka, że dawno już zapomniałem, jak wygląda świat z perspektywy trzydziestu milimetrów. Kiedyś miałem podobno aparat marki Zenit, z jednym obiektywem standardowym. Tak mówią w rodzinie, ja nie wiem, nie pamiętam, być może. Pamięć zaczyna mi się od jakiegoś zooma 18-200 mm (czy coś w tym rodzaju), może to zresztą nie był mój, tylko pożyczony, to by akurat było ciekawe, bo nie pamiętam, żebym oddawał. I teraz znowu z tą trzydziestką.

Świat jest z takim obiektywem dużo trudniejszy. Nie mija cię już obojętnie, ale wchodzi w drogę. Spoufala się, ociera i dotyka, żeby nie powiedzieć wprost – obmacuje. Kamienie, krzaki, płoty, pnie, ściany – zaczynają mieć znaczenie. Trzeba podejść albo odejść, przesunąć coś albo się, podnieść, czasem także obejść, a nie zawsze się da, ponieważ świat niekoniecznie chce przy tym wszystkim współpracować. Tempo marszu spada, odległości się wydłużają, plany biorą w łeb. Na żydowskim cmentarzu w Wisowej miałem być koło szesnastej, byłem przed zmrokiem. Na Liwoczu miałem oglądać zachód słońca, skończyło się na nocnej panoramie Pogórza. Na koniec tego wszystkiego hamak rozkładany po ciemku, a wiadomo jak to wtedy jest z hamakami – linki rozmnażają się nagle w sposób cudowny, robią się ich całe kilometry, rozsupłaj to sobie i powiąż, kiedy przewidująco zabrałeś czołówkę bez baterii. Może i lżej, ale świecić nie chce.

Zdjęć przyzwoitych wiele z tego nie wyszło, ale trzydzieści milimetrów bardzo mi się spodobało. Nie to, że lubię, jak jest trudniej. Raczej przeciwnie. Ale też nic nie działa tak odświeżająco na umysł, jak zmiana perspektywy i starych przyzwyczajeń.



2 myśli nt. „Trzydzieści milimetrów

  1. Paweł

    :-)
    Fajne… Tak po prostu, 30mm…
    Ani nie daleko ani blisko…

  2. Coś w ukryciu... Autor wpisu

    Dobrze Pan mówisz, Panie Pawle ;)
    To taka krótka przypowieść o tym, jak niewiele w gruncie rzeczy trzeba…rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *