Liście opadają

Październikowa noc na Pazurku, pod szczytem zalesionego wzgórza na południe od drogi wolbromskiej. Od wschodu wzgórze urywa się kilkunastometrową, wapienną ścianą. Pozostałe stoki, przepaściste i strome, robią miejsce dla jednej tylko ścieżyny, która kluczy w pocie czoła, żeby doprowadzić na sam koniec wąskiego, skalnego cypla. Przyszedłem tutaj z zamiarem nałapania do hamaka opadających liści. Biwak rozstawiałem, czy też raczej rozwieszałem w ciemności, pośród dobiegającego zewsząd szmeru. Liście opadały na potęgę. Kiedy wiatr się nieco wzmagał, szmer gęstniał w powietrzu, żeby po chwili zamienić się znowu w delikatny, wszechobecny szelest. W duchu zacierałem już ręce, wyobrażając sobie, jak wczesnym rankiem będę się wygrzebywał spod wielkiej, kolorowej pryzmy. Potem usnąłem. Rano po rozsupłaniu zapiętego szczelnie śpiwora wyjrzałem na świat skąpany w bukowych czerwieniach i żółciach. W hamaku były dwa liście i litr porannej mgły. Za to wszędzie wokół nasypało za kostki. Nic z tego nie rozumiem.

W drodze powrotnej na leśnej ścieżce znalazłem nierozpakowanego snickersa. Spożyłem go niezwłocznie, choć myślałem w tamtym momencie raczej o cieście drożdżowym ze śliwkami. Człowiekowi nie dogodzisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *