Roczne archiwum: 2015

Niebo nad Babią

Wczesne sierpniowe popołudnie. Przedpokój, tuż przed wyjściem na busa. Magda: to gdzie będziesz spać? Ja: na Babiej Górze. Magda: w tych wrzosach? Ja: nie, raczej w borówkach. Magda: niedźwiedzie lubią borówki…

Przez całą drogę do Zawoi zastanawiałem się, jak to jest ze mną i z niedźwiedziami. Wydawało mi się, że miałem swojego czasu z nimi jakiś układ, ale czy on jeszcze obowiązuje, tego nie wiem. Na szczęście na samym Diablaku zebrało się jeszcze kilku miłośników nocnych posiadów. Jako wielbiciele samotności (to się od razu wyczuwa) czuliśmy się we własnym towarzystwie niezbyt komfortowo. W zapadającym powoli mroku staliśmy sobie to tu, tam – ot, potencjalne niedźwiedzie przekąski kiwające się w rytm coraz silniejszych podmuchów wiatru. Burknąłem potem coś w rodzaju no to dobranoc, usłyszałem w odpowiedzi cudownie nietowarzyskie ehmmm i zszedłem trochę niżej w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do spania. Tymczasem im dalej w noc, tym większa wichura. Niebo w kilku fascynujących odsłonach. Późnym wieczorem czyste, z księżycem prawie w pełni. Potem gdzieś wysoko pojawiły się niezwykle zwinne kłaczki. Po północy pod kłaczkami zaczęły przemykać stwory puchate i nieco bardziej stateczne w swoich ruchach. Potem jeszcze coś się pojawiło. W pewnej chwili miałem wrażenie, że nad moją głową przepływają jednocześnie trzy warstwy chmur, każda inna i w swoim własnym tempie. Wiatr szalał dalej próbując wyrwać kępę kosówki, za którą się rozłożyłem. Nad ranem od południa na Babią zaczęły napierać potężne kłęby mgły z wyraźnym zamiarem przewrócenia jej albo przynajmniej przesunięcia. Nic z tego jednak nie wyszło. Mgła zniknęła tak, jak się pojawiła, a na wschodzie niebo przecięła bardzo ładna i długa purpurowa rysa. Wschód słońca był z gatunku tych mniej spektakularnych, ale na mnie i tak robi to zawsze tak samo mocne wrażenie – jeszcze raz wstało, pomimo wszystko. Z niedźwiedziami szczęśliwie się rozminęliśmy. Przypuszczam, że tej nocy wszystkie siedziały w domach i grzały się przed kominkiem.

Trzydzieści milimetrów

Pogórze Ciężkowickie z Siedlisk do Kołaczyc

Pojechałem na Pogórze zabierając ze sobą jedynie trzydziestkę. I tym razem nie chodzi wcale o plecak, ale o obiektyw. Wysiadłem z autobusu w Siedliskach, wyciągnąłem aparat, popatrzyłem na chmurkę, na ptaszka, kwiatka, tudzież na górę w oddali i… poczułem się jak ostatnia sierota. No bo jak to teraz będzie? Jak ja w ogóle jakieś zdjęcie zrobię? Jak przybliżę – oddalę? Gdzie pierścień magiczny na obiektywie? Gdzie pstryczek dyskretny przy spuście migawki, którym w lewo i w prawo, a świat posłusznie do przodu – do tyłu? I dlaczego nie zabrałem kompakta, tak na wszelki wypadek, żeby w potrzebie się poratować? Żałość, przygnębienie, postępująca depresja. To pewne, że jeszcze przed Brzanką straciłem sto najwspanialszych kadrów swojego życia. Za masztem przekaźnikowym na Narożu zdecydowałem, że nie zrobię już nigdy żadnego zdjęcia. Czytaj dalej

Doścignąć minione

Uwagi na marginesie książki Andrzeja Stasiuka Wschód

Kolejny pielgrzym podróżujący na wschód w nadziei, że można tam znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. A przynajmniej na większość. Tak, jakby ten Wschód rzeczywiście za wszystko odpowiadał. Jakby nasze pokręcone losy od tego tylko zależały, że na Wschodzie Oni kiedyś wstali ze swoich legowisk, przeciągnęli się przed jurtami, popatrzyli na lewo i prawo, po czym, na nasze, dziedziczone potem z dziada na ojca, z ojca na syna nieszczęście, ruszyli właśnie tu, do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Czyngis-chan, Tamerlan, Ruscy, teraz Chińczycy. I to przez nich właśnie takie a nie inne są wspomnienia synów i córek tej ziemi, taka a nie inna pamięć miejsc, zapachów i wrażeń z nadbużańskich brzegów, z zapuszczonej lewobrzeżnej Warszawy i z beskidzkiej dziczy pod Wołowcem.

A może właśnie dobrze, że się wybrali? Że zadali sobie tyle trudu, żeby dotrzeć? Bo co by było, gdyby nie nadciągnęli? Kogo byśmy ganiali przez te pola malowane zbożem rozmaitem? Przeciw komu spiski i powstania, na kogo kosy, przed kim strach, przez kogo wieczne tułactwo? Tak jest, bez nich nie bylibyśmy sobą. Kimś innym na pewno tak, ale to przecież już nie byłoby to samo. A tak w ogóle – co tam jest, na tym Wschodzie, kiedy już się przejedzie te tysiące kilometrów? Rozpad, opuszczenie i dogorywanie. Wielki Eksperyment nie powiódł się i wszystko powoli wraca do punktu wyjścia, w którym jest tylko pustka i wiatr.

Co ciekawe, Oni też tam dalej są. Wstają rano ze swoich legowisk, przeciągają się przed jurtami, patrzą na lewo i prawo. A może w ogóle nigdy się stamtąd nie ruszyli? Może to wszystko się nie wydarzyło? Albo wydarzyło się, tylko zupełnie inaczej? Przecież przeszłość istnieje tylko w naszych głowach. A wiadomo, jak to jest z ludzkimi głowami. Dobra głowa każdego ranka może sobie wymyślać nową przeszłość. Czy jest w takim razie coś, co istnieje na zewnątrz naszych głów? Jak najbardziej. Pustka i wiatr.

* * *

Andrzej Stasiuk: Wschód, Wyd. Czarne, Wołowiec, 2014.


Góra Tajemnic

Pogórze Rożnowskie z noclegiem pod Mogiłą

Fasolka się przypaliła, a otwartą butelkę z wodą niechcący kopnąłem i wszystko się wylało. To był ostatni moment, żeby stamtąd uciekać, ale nie, zostałem, ruszać mi się już z miejsca nie chciało. Zresztą gdzie niby miałem iść? Po jednej stronie Mogiła. Góra tajemnic, usypana z drobnych kamyków przez nieszczęśnika, któremu zmarła po ciężkiej chorobie ukochana narzeczona. Gdzieś obok grób szwedzkich jeńców wojennych z czasów potopu, których nasi załatwili, nie chcąc się z nimi dzielić jedzeniem. Następny grób w miejscu bliżej nieustalonym, gdzie chłop rozbójnik zabił babę, co targała worek mąki z młyna w Rudzie Kameralnej do Woli Stróskiej. Z workiem mąki przez taką górę – kawał baby to musiał być, ale i tak nie dała rady. A jeszcze miasto Godów, które zapadło się kiedyś pod ziemię, a teraz od czasu do czasu kusi zabłąkanych chłopów, podtykając im pod nogi a to jakąś zagrzebaną w ziemi piwniczkę z rarytasami, a to zagubione na śródleśnej polanie poletko z dobrym zbożem, a to ukryty pod pniakiem bagnet, kufel albo zakorkowaną flaszkę z dziwnym płynem w środku. Wszystko to oczywiście mogą być duby smalone i bajki wyssane z palca. Ale nawet po odstawieniu na bok zrozpaczonego młodzieńca (prawdopodobnie nieszkodliwy), Szwedów, Polaków co wykończyli Szwedów, chłopa rozbójnika, baby z workiem mąki i upiorów z Godowa, pozostaje jeszcze casus niejakiej Bocheńskiej, z domu Kawłowskiej. Owa pobożna kobieta próbowała dostać się na Mogiłę, aby odmówić tam różaniec, taki bowiem nakaz otrzymała któregoś razu we śnie. W trakcie dwóch wypraw na górę tajemnic spotkała dziwnego, starego chłopa z wielką brodą, który zaraz potem znikł w tajemniczy sposób, następnie panny tańczące w lesie, młodzieńca snującego się między drzewami i do tego jeszcze jakieś dziecko, co niby do Bocheńskiej się wyrywało, ale zaraz na powrót znikało w mrocznych ostępach. Na samej Mogile groch przez nią rzucany nie spadał na ziemię, ale leciał prosto do nieba i już nie wracał. Kto wie, co by się jeszcze wydarzyło, gdyby nie była Bocheńska na te wycieczki zaopatrzona w wodę święconą, kropidło i gromnicę. Nie wspomnę nawet, jak do tego arsenału ma się puszka po przypalonej fasolce, pusta butelka plastikowa i dwa batony zbożowe, niepoświęcone. Ale w ten czwartek około godziny dwudziestej drugiej odsunąć się od Mogiły znaczyło przysunąć się do starego cmentarza cholerycznego w Tropiu i do pustelni św. Świerada, niepogodzonego ze swoim ciałem ascety, który jakoś nigdy nie wzbudzał mojego szczególnego zaufania. Wybór zatem niby jest, ale… Czytaj dalej

Ulotne piękno

O książkach Kawabaty Yasunariego

Yasunari_Kawabata_c1946

Kwiat rozkwita. Ptak przysiada na gałęzi. Księżyc wyłania się zza chmur. Pierwszy śnieg pokrywa zbocze góry. I wszystko to zaraz ulatuje, zgodnie ze swoją naturą. Bo przecież nic nie jest trwałe. Żałować owego ulotnego piękna, wspominać je czy też tęsknić za nim, to znaczy – nie rozumieć natury życia. Próbować piękno zatrzymać – trud sam w sobie nieszkodliwy, jeśli czynić to ze świadomością, że piękno zatrzymane w słowach, na płótnie czy na fotografii to jedynie złudzenie. Wspomnienie czegoś, czego już nie ma, a nie rzecz sama w sobie. Wyobrażać sobie, że piękno można nie tylko zatrzymać, ale i posiadać – to już myśl całkiem kuriozalna, zasługująca jedynie na współczucie wobec umysłu, który ją zrodził.

Ludzkie sprawy wzięte w nawias. Toczą się z wolna małe i duże dramaty, ale tytuły rozdziałów brzmią: Skrzydła cykady, Kasztan, Zimowa wiśnia, Woda o poranku, Wiosenne dzwony, Dom ptaka, Rój komarów, Jesienna ryba… To takie subtelne i eleganckie przypomnienie o tym, że podczas gdy my mocujemy się w naszych umysłach z mniej lub bardziej chorymi urojeniami, świat wokół jest po prostu taki, jaki jest. Piękny i ulotny. Doskonały. I niczego mu nie brakuje. Czytaj dalej