Noc w klasztorze

Magda stwierdziła, że najlepszym miejscem na rozwieszenie hamaka u benedyktynów w Tyńcu jest brama wjazdowa do opactwa. Ale ja chciałem tym razem spędzić noc po bożemu, to znaczy w łóżku z pościelą, w ogrzewanym pokoju z łazienką i ciepłą wodą. Z przyjemności tego rodzaju korzystam na wyjeździe na tyle rzadko, że nabrały one już dla mnie posmaku pewnej egzotyki, a nawet luksusu.

W Tyńcu są dwie możliwości nocowania w łóżku. Zostać mnichem, albo wynająć pokój w Domu Gości. Wybrałem drugie rozwiązanie. Miałem szczęście. Zbiegiem okoliczności trafiłem w hotelową dziurę, przestój pomiędzy rekolekcjami, szczyt sezonu poza sezonem. Krótko mówiąc, byłem sam, w czym od razu dostrzegłem jedyną i być może niepowtarzalną okazję do tego, żeby zbadać zagadnienie ciszy klasztornej. O historii, sztuce i benedyktyńskiej duchowości mogę poczytać w domu, ale doświadczenie ciszy możliwe jest tylko na miejscu i to w określonych warunkach, które właśnie jakby specjalnie dla mnie zaistniały.

Pokoje w Domu Gości noszą nazwy pochodzące od imion benedyktyńskich świętych. Mój nazywał się Ammun. Człowiek o tym imieniu żył na przełomie III i IV wieku. Po osiemnastu latach małżeństwa zostawił swoją żonę i wyruszył na pustynię, żeby spędzić na niej resztę życia w surowej ascezie, co w ówczesnych czasach było niezwykle modne. Ammun nie był w każdym razie pierwszą ani ostatnią ofiarą dualistycznej pułapki, która pochłonęła wiele umysłów przekonanych o tym, że dusza wznosi się tym wyżej, im niżej upada ciało. Według legendy hagiograficznej żona wykazała się pełnym zrozumieniem dla decyzji małżonka. Szczerze w to wątpię.

Pokój znajduje się na ostatnim piętrze, a dokładniej mówiąc – w szczycie poddasza. Miejsce zasługuje w pełni na określenie zaułek. Można tam dojechać windą albo wdrapać się po schodach. To drugie jest ciekawsze, bo po drodze mija się ustawionego we wnęce klatki schodowej pięknego, kamiennego Nepomucena. Z Ammuna rozciąga się widok na dolinę Wisły i Tyniec. Dalej wznoszą się zalesione wzgórza, a jeszcze dalej horyzont zamykają góry. Pokój usytuowany jest tak, że o tej porze roku (na początku grudnia) z tego samego okna można oglądać zachód i wschód słońca – atrakcja miła tym bardziej, że niespodziewana.

Nad zagadnieniem ciszy klasztornej zacząłem pracować po godzinie dwudziestej, zaraz po tym, jak ostatni ludzie zniknęli z dziedzińca opactwa. Najpierw dokręciłem kurki w łazience. Potem wyłączyłem światło, żeby wyeliminować buczenie prądu w kablach. Dalej jednak coś buczało. Okazało się, że to stojący na korytarzu dystrybutor wody. Wyłączyłem go. Pozostał delikatny szmer na progu słyszalności. To była winda, jakiś jej element pracujący bez przerwy. Windy nie mogłem wyłączyć, więc dałem sobie spokój. Efekt i tak był zadowalający. Cisza obezwładniająca po kilku kwadransach niepostrzeżenie zamieniła się w ciszę nie do zniesienia. Na coś takiego nie byłem przygotowany. Nocny las o każdej porze roku pełen jest przeróżnych dźwięków. Nawet zimą coś się dzieje – nad głową skrzypią drzewa, gdzieś przesypuje się śnieg, gdzie indziej pochrapuje zwierzątko. A tutaj nic, a mówiąc dokładniej – NIC. W celu zapełnienia tej ciszy czymkolwiek wyruszyłem na spacer po piętrach i zakamarkach. Ponieważ nie byłem do końca pewien, gdzie można wejść, a gdzie nie, wybrałem się w drogę w samych skarpetach (klapki w garści). Podobało mi się, choć przyjemność psuła myśl o ewentualnym monitoringu. Nikt mnie jednak nie gonił, rano do rachunku też niczego nie doliczono. Po powrocie z tego rajdu znowu jednak trafiłem do świata ciszy nie do zniesienia. Ponowne włączenie dystrybutora z wodą wydawało mi się jakieś takie prostackie, więc zamiast tego uchyliłem okno. Pomogło. Do wnętrza szeroką falą wlało się życie – gęganie, chlupotanie, chrobotanie, szczekanie i kościelny dzwon. Spałem potem jak nigdy.

Ostatnim, nieoczekiwanym i dość zaskakującym problemem było śniadanie w formie szwedzkiego stołu dla jednej osoby. Czułem się w obowiązku nie zawieść oczekiwań klasztornej kuchni, co nie wpłynęło korzystnie na moją formę w drodze powrotnej (przyjechałem i wracałem na rowerze), zwłaszcza przy podjeżdżaniu na Garb Tenczyński, który od południa jest jakby bardziej stromy. Z drugiej strony, przy wiejącym tego dnia wietrze kilogram rozpychających się w brzuchu benedyktyńskich frankfurterek zapewnił mi rzadko spotykaną stabilność na wszystkich zjazdach.

2 myśli nt. „Noc w klasztorze

  1. Agnieszka

    Genialne te teksty!
    Cieszę się, że mogłam poczytać, choć szkoda, że przy tak smutnej okazji…
    Autorstwo wspólne, czy pojedyncze? Pomyślcie o poblikacji.
    Pzdr

  2. Coś w ukryciu... Autor wpisu

    Dzięki. Teksty wspólne – ja piszę, Magda redaguje. Taki mały interes rodzinny ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *