Mokradła
Dzień i noc na Białych Ługach

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idę powoli, bez celu, z poczuciem lekkiego zagubienia. W głowie pustka. W żołądku przyjemny dreszcz niepokoju. Dookoła rachityczne brzózki i sosny, wybujałe kępy mchów, przekwitające wełnianki i łany kwitnącego na biało bagna zwyczajnego. Krajobraz hipnotyzuje i wciąga, przytępiając podstawowe instynkty. Miałem być bardziej ostrożny. Miałem trzymać się suchego brzegu. Ale teraz to bez znaczenia. I tak jestem niemal w sercu mokradeł. Jak? Kiedy? Nie wiem i nie rozumiem. Krok bagienny, powolny, w typie kaczym. Buty zapadają się głęboko i miękko, ale wody nie ma zbyt wiele. Zima była sucha, wiosną nie popadało. A więc błądzę do woli. Kontemplacja? Medytacja? Raczej nie. Po prostu bezcelowe snucie się po Białych Ługach. Kierunki świata? Być może, ale nie tutaj.

Późnym popołudniem zaczynam się jednak rozglądać za miejscem na nocleg. Trudno o wybór, gdy wszystko wokół wygląda tak samo. Pomagają miejscowe pająki. Od jakiegoś czasu idę według pajęczego klucza. Pajęcza sieć między drzewami – przejścia nie ma. Brak pajęczyny – droga wolna. Trafiam w ten sposób, czy raczej zostaję doprowadzony, na wydmę z kilkoma sosnami takimi-w-sam-raz. Biwak. Koniec magii, początek tragedii. Komary i meszki. Miliony. W czasie marszu nie były tak uciążliwe. Teraz są. Nie ma szans na dokończenie żadnej czynności. Tłukę desperacko. Morduję masowo. Klnę siarczyście. Trup komarzy ściele się gęsto. Masowa eksterminacja bez wyraźnego efektu. W przelocie myśl, że buddyzm raczej nie powstał na bagnach. Zmęczone ręce machają coraz wolniej, a mokradło wysłuchuje coraz cichszych żalów i pretensji. Że z bukowego lasu jestem, że do takich utrudnień nie nawykłem, nie przyzwyczaiłem się, nie jestem odporny, nie lubię, nie chcę. I tak trwa wieczór czynności niedokończonych. Niedokończone zdjęcie wełnianki. Niedokończone gotowanie pożywnej zupy i niedokończone jej zjedzenie. Niedokończony sms do Magdy, że wszystko w porządku. Niedokończona próba wymyślenia czegoś sensownego. Niedokończone rozbieranie i ubieranie. A już szczególnie niedokończone wydają mi się węzły, na których rozwiesiłem hamak. Na wszelki wypadek wygarniam spod niego gałęzie i co większe szyszki. Dobrze, że zabrałem moskitierę. To mi ratuje życie. Do późnej nocy gdzieś bardzo blisko przekrzykują się dwie kukułki. Śni mi się po tym wszystkim, że obok moich sosen przechodzi stado różowo-liliowych koni. Jeden zajrzał do hamaka. Wyglądał bardzo mądrze. Może to zresztą nie był sen…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *