Siedząc nad morzem
Kilka dni nad Bałtykiem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie wiem, od jak dawna tu siedzę. Chyba jednak długo, bo czuję, jakbym powoli wrastał w gorący, biały piasek. Bawi mnie myśl, że z daleka mogę wyglądać jak jeden z tych pieńków, które morze wyrzuca na brzeg w czasie sztormu. Spory, ale jednak pieniek. Kilka metrów przede mną fale miarowo uderzają o brzeg. Woda za każdym razem się cofa (rozczarowanie), za to dźwięk biegnie dalej, w stronę lądu. Gdzieś tam, na piaszczystej drodze w sosnowym lesie, jest miejsce, w którym szum morza spotyka się z szumem wiatru i drzew. Szukam tego miejsca od dawna, ale na razie niewiele z tego wychodzi. Maszeruję drogą, słyszę ląd, a potem zawsze jest ten moment nieuwagi, po którym nagle okazuje się, że to już nie ląd słyszę, ale morze. Jakby w tym kluczowym miejscu ktoś stukał mnie pałką w głowę, powodując chwilowe zamroczenie. Trudno jest przydybać morze w ten sposób. Nie wiem też, czy są jakieś inne sposoby.

Siedzę dalej. Szum morza przenika przez całe ciało i trąca każdą jego cząstkę. Czuję się jak wielkie pudło rezonansowe. Rezonuje główka, uszka, rączki i paluszki, i zaokrąglony od ciasteczek brzuszek. I dwa długie włosy na czubku nosa też. Morze wygrywa na mnie swoją melodię. Czy pieniek może być instrumentem? Dla morza pewnie tak.

Siedzę. Na głowie mam himalajski szal Magdy. Nie zamierzam już go zwracać. Spod szala nie widać, co mi chodzi po głowie. Trochę medytuję, trochę rozmyślam. Głównie drzemię. Ale nawet wtedy, kiedy drzemię, wyglądam pewnie tak, jakbym medytował. Dobre. Medytujący pieniek.

Siedzę niezmiennie. Obok powinna siedzieć Magda, ale z tego co widzę, zostały po niej tylko buty. Czy się martwię? Kiedyś przy takich okazjach martwiłem się bardzo, teraz już trochę mniej. Chodzi o to, że nad morzem jest bardzo wiele ważnych zajęć do wykonania. A skoro ja tylko siedzę, to Magda musi pracować za siebie i za mnie. Jakie to są zajęcia? Wymienię tylko te, które z grubsza rozumiem. Zbieranie kamyków i muszelek. Poszukiwanie drewienek i innych skarbów, na przykład fragmentów prehistorycznego lasu. Bełtanie strefy przybrzeżnej. Poszukiwanie malowniczych wirów w tejże. Fotografowanie wiatru. Ratowanie żuczków, które na swoją zgubę uparcie maszerują do morza. Tu muszę dodać, bo to wydaje się ważne, że są dwa sposoby ratowania żuczków. Pierwszy to perswazja słowna, a jeśli to nie pomoże, ewakuacja ze strefy zagrożenia na bezpieczne wydmy. Są jeszcze inne ważne działania nadmorskie, których na razie nie pojmuję, więc nie będę o nich pisał.

Siedzę w lekkiej piaskowej kurzawie, a piach osypuje się cicho po ubraniu i zastanawiam się, ile czasu musiałbym tak siedzieć, żeby mnie całkiem zasypało. Plaża jest pusta, ale widzę kątem oka, że gdzieś na horyzoncie pomiędzy morzem a wydmami uwija się żwawo mały punkcik. Zgaduję, że musi tam być jakieś ulubione miejsce żuczków-samobójców. Jest jeszcze coś. W kierunku małego punkciku na horyzoncie prowadzą ustawione w odstępie kilkudziesięciu metrów małe, kamienne piramidki. Jedna, dwie, dziesięć. Może dwadzieścia. Dziwne. Ale zaraz coś sobie przypominam. Kiedy tu przyszliśmy, Magda oświadczyła z błyskiem w oku, że zrobi dla mnie na całej plaży specjalne kąciki medytacji, na wypadek, gdyby znudziło mi się to miejsce, w którym siedzę.

Zastanawiam się przez chwilę, czy nie powinienem ruszyć w tamtą stronę i pomóc mojej bohaterskiej dziewczynie. Ale nie, za dobrze mi się tutaj siedzi. Zostanę. Na pewno nie zginę ani się nie zawieruszę, bo Magda lubi zbierać oryginalne pieńki. A medytujący z zawojem na głowie jest na tej plaży tylko jeden.

Jedna myśl nt. „Siedząc nad morzem
Kilka dni nad Bałtykiem

  1. obiektywna1978

    Jako pieniek można aż do wieczności 😊 Byle nie jako wiekowe próchno… Piękne zdjęcia, piękne słowa. Pozdrawiamy… K3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *