W stronę niedźwiedzia
Wędrówka z Olkusza do Zakopanego

sam_9143_resize

Po co ludziom potrzebny był duży mózg? Żeby wędrować przez dzicz*.

Zabieram swój duży mózg i wyruszam w stronę gór. Na Bukowej spotykam człowieka polującego na grzyby. Widać, że coś jest nie tak. Pusty kosz. Duże, przestraszone oczy. Panie, jak stąd na Osiek? Tłumaczę mu, którędy iść. Nie mówię, że na Szczygłówku, dokładnie pomiędzy Bukową i Osiekiem, grasuje zwodzijoc – demon, co ludziom myli drogi. Czasem lepiej jest wiedzieć mniej niż więcej. Jeśli wyrzuci go pod Niesułowicami, wróci do Osieka autobusem przez Olkusz.

W polach za Nową Górą napęczniałe kłosy pszenicy pękają w gorącym słońcu. Szelest rozbrzmiewa nieprzerwanie wzdłuż Szwedzkiej Drogi aż do miejsca, gdzie pole pszeniczne się kończy, a zaczyna pole owsiane, po sąsiedzku z kukurydzianym. Kamienny krzyż pod starym drzewem jakby bardziej pochylony od ostatniego razu.

Na Bartlowej Górze zaczynam się martwić. Idę za szybko czy za wolno? Będzie burza czy nie? W Krzeszowicach do pizzy podają bezalkoholowe mojito w uroczych słoiczkach z uszkiem. Ale ja i tak się martwię. W lesie pod Czernichowem robaczek świętojański. Tylko jeden. I już zmartwienie. Poza tym martwiące jest, że rozbiłem się chyba zbyt blisko partyzanckiego pomnika. W nocy coś łazi koło hamaka. Ma cztery nogi, więc raczej nie partyzant. Rano budzę się smutny i zmartwiony. Najchętniej wracałbym do domu, ale wstyd.

Siedzę pod dzwonnicą w Marcyporębie i patrzę na pochylonego staruszka, który z wielkim wysiłkiem fotografuje kościół. Kilka powolnych, ciężkich kroków. Przystanek na uspokojenie oddechu. Zdjęcie. Znowu kilka kroków, przystanek, zdjęcie. Gdy zbliża się do mnie, słyszę charakterystyczne klapnięcia migawki. Staruszek fotografuje analogowym Pentaconem. Zagadnięty, w odpowiedzi uśmiecha się tylko szeroko. Już nie słyszy. Ani mnie, ani swojego wspaniałego aparatu. Przez moment widzę siebie za trzydzieści – czterdzieści lat. Robi mi się smutno i martwię się.

W kawiarni na rynku w Lanckoronie próbuję zamówić sok jabłkowy i kawę. Pani za kontuarem nie rozumie, co do niej mówię. Od Kalwarii Zebrzydowskiej tak bardzo zaschło mi w gardle, że sam siebie nie rozumiem. Jakiś charkot tylko. Zastanawiam się, czy nie śmierdzę. Na wszelki wypadek siadam na zewnątrz.

Na Koskowej nie ma gdzie rozwiesić hamaka, więc buduję namiot z peleryny przeciwdeszczowej. Wyszedł doskonale, ale nie da się do niego wejść. Refleksja ogólna: spanie w hamaku jest wygodne na wznak, gorzej na boku. Spanie na ziemi jest wygodne na boku, kiepsko na wznak. Najlepiej zabierać ze sobą hamak i namiot.

W Zarębkach góral wyszedł na łąkę, żeby nakosić kończyny dla królików. Króliki to straszna zaraza. Jak są, to są, ale jak przyjdzie choroba to mrą wszystkie naraz. W karczmie na rynku w Jordanowie czterech górali dyskutuje o Wałęsie, Kaczyńskim, masonach i komunie. Doskonałe pierogi ruskie z cebulką. Zastanawiam się, czy nie umyć głowy. Oglądam się w lustrze po raz pierwszy od trzech dni. Nie jest źle. W takich sytuacjach zawsze mogę liczyć na swoje bezkrytyczne samouwielbienie.

Rozpiska kilometrów, którą sobie przygotowałem, nie sprawdza się. Z Krzeszowic do Czernichowa miało być 25, wyszło 27. Z Czernichowa do Kalwarii teoretycznie 20, było 25. Z Kalwarii do Jordanowa jest tak naprawdę 34, a nie 30. Nie to, że nie można tego wcześniej dokładnie policzyć. Można, ale odkąd pamiętam, przy domowym planowaniu zawsze popadam w nadmierny optymizm, co skutkuje permanentnym zaniżaniem kilometrażu do przejścia. Potem, już w drodze, złoszczę się na siebie, zamiast podziwiać widoki. Nie potrafię inaczej.

Od Odrowąża to już miała być ostatnia prosta, ale nie doceniłem torfowiska Baligówka. Błoto za kostki, komary we włosach, w nosie, w uszach. Twarda ściana trzcin sięgających powyżej głowy. Kiedy z trudem je rozgarniam w tle widzę Tatry. Potem trochę łatwiej, a kiedy minie się pogrążony w alkoholowym amoku Czarny Dunajec, całkiem już lekko. Tatry wieczorową porą, zachód słońca nad Tatrami, czarny kontur Tatr na nocnym niebie. Jodłowy zagajnik pod Tatrami. Stąd tylko dwie godziny na Gubałówkę, a potem jeszcze jedna na Krupówki. Dalej są niedźwiedzie, ale tym razem nie wstąpię. Nie w takim stanie.

Dworzec PKS w Zakopanem. Najbliższy autobus do Krakowa dopiero za półtorej godziny. Zastanawiam się, czy nie wracać na nogach, ale przypomina mi się Baligówka. Chyba jednak poczekam.


*Bruce Chatwin, Pieśni stworzenia, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 329.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *