Koniec roku pod Dębnikiem

Zima jest dokładnie taka, jak lubię. Mróz, błękitne niebo i całkowity brak śniegu. W zamarzniętych kałużach na drodze do starego kamieniołomu mienią się uwięzione w lodzie drobiazgi. Liście, liści ogonki i skrawki, kamyki małe i bardzo małe, powietrzne baloniki nakryte przez mróz znienacka, zamknięte w chwili być może krępującej, a teraz wystawione na widok publiczny niczym ekspozycja w muzeum sztuki abstrakcyjnej. Będą tkwić w tej niekomfortowej sytuacji tak długo, aż jakiś litościwy front atmosferyczny zamieni świetlistą wystawę w kałużę brunatnego błota.

Na trawach szron, który nie chce się topić nawet w samo południe. Grudniowego słońca nie ma za wiele, właściwie to tylko symbolicznie, ledwie ponad postrzępioną linią lasów. Za mało tego, żeby oświetlić zakamarki doliny Racławki. Tam przez cały dzień rozpierają się pośród skał cienie głębokie i gęste. Wyżej światło przemyka przez nagie korony buków, wędruje pomiędzy pniami i przysiada niepewnie na skraju dawnych wyrobisk. Szuka miejsca, od którego mogłoby odbić się jakąś weselszą barwą, ale wokół królują przytłumione szarości, szarobrązy i szarozielenie. W końcu trafia na przydrożną kapliczkę przy starej Drodze Siedleckiej i – zachwycone odmianą – od razu rozpala ją wściekłą czerwienią. Wydaję się, że drewniana, popękana i poskręcana kapliczka za chwilę zajmie się żywym ogniem. Ale mija godzina, światło znowu gdzieś znika, a kapliczka gaśnie bez niego w przytłumionej szaroczerwieni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *