Roczne archiwum: 2016

Mokradła
Dzień i noc na Białych Ługach

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Idę powoli, bez celu, z poczuciem lekkiego zagubienia. W głowie pustka. W żołądku przyjemny dreszcz niepokoju. Dookoła rachityczne brzózki i sosny, wybujałe kępy mchów, przekwitające wełnianki i łany kwitnącego na biało bagna zwyczajnego. Krajobraz hipnotyzuje i wciąga, przytępiając podstawowe instynkty. Miałem być bardziej ostrożny. Miałem trzymać się suchego brzegu. Ale teraz to bez znaczenia. I tak jestem niemal w sercu mokradeł. Jak? Kiedy? Nie wiem i nie rozumiem. Krok bagienny, powolny, w typie kaczym. Buty zapadają się głęboko i miękko, ale wody nie ma zbyt wiele. Zima była sucha, wiosną nie popadało. A więc błądzę do woli. Kontemplacja? Medytacja? Raczej nie. Po prostu bezcelowe snucie się po Białych Ługach. Kierunki świata? Być może, ale nie tutaj.

Czytaj dalej

Ostatni zamek
Noc w ruinach zamku w Udorzu

Ostatni taki zamek na Jurze. Opuszczony, zaniedbany, zapomniany. Od lat konsekwentnie sprzeciwia się remontom, renowacjom, konserwacjom, rewitalizacjom i pomysłom na nowoczesne udostępnianie. Trwa pośród buków, na skraju cypla opadającego stromą ścianą do doliny Udorki. Tajemniczy i niedopowiedziany.

W późnym średniowieczu Iwo z Obiechowa próbował na miejscu pradawnych wałów wybudować warownię, ale się nie udało. Prace porzucono. Robotnicy rozbiegli się na cztery strony świata, gubiąc narzędzia i nie bacząc na gniew zleceniodawcy. Potem znikali jeden po drugim w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie wiem, czy tak było, ale tak mogło być. Pewne jest, że odtąd we wszystkich opisach zamku pojawiają się te same, elektryzujące określenia: nieukończony, nigdy nie zamieszkany, porzucony w nieznanych okolicznościach…

Czytaj dalej

Wyspy Skarbów

W jednej z kluczowych scen serialu Piraci kapitan Flint zakopuje na bezimiennej wyspie skrzynię wypełnioną hiszpańskim złotem. Zagubione na Karaibach miejsce to nic innego, jak Wyspa Skarbów z powieści Stevensona, która stała się źródłem popkulturowego mitu pirackiego i ponadczasowych marzeń o odnalezieniu bogactwa ukrytego w wielkiej skrzyni. Obejrzałem serial, przeczytałem książkę i zacząłem rozmyślać o lokalnych wyspach skarbów, o które otarłem się w ostatnim czasie. Pomijam miejsca typowe takie jak ruiny zamku w Rabsztynie, podziemia pod Olkuszem czy studnia przy nieistniejącej karczmie w Olewinie. Mniej oczywista jest na pewno kapliczka w Ostrężnicy. Miejscowi są zgodni co do tego, że budowla stoi w miejscu, gdzie niejaki Jędrzej Lasoń odnalazł skarb. Kto go tam ukrył? Być może żyjący kilkadziesiąt lat wcześniej sołtys Józef Stryczek, który nie zważając na kwestie patriotyczne, ograbił do spółki z innymi chłopami oddział powstańców styczniowych. Taka historia posiada pozory spójności. W 1863 roku Stryczek zagarnia powstańczą kasę. Część skarbu trwoni na niewyszukane uciechy, część ukrywa. Tę część odnajduje pod koniec wieku Lasoń. W miejscu znaleziska staje kapliczka. Otwarte pozostają pytania: jak dużą część skarbu ukrył Stryczek i czy Lasoń odnalazł wszystko?

Ale to jeszcze nie koniec. Zupełnie nieznana mi wcześniej wyspa skarbów wychynęła niedawno z oparów porannej mgły na północ od Jangrotu. Kilka dni temu w małym zagajniku przy Lesie Michałowiec szukałem banalnej, niemieckiej komory kablowej z drugiej wojny światowej. Rower zostawiłem nieopodal, przy polnej drodze. W pewnym momencie widzę z daleka, jak zatrzymuje się przy nim samochód, z którego wysiada mężczyzna w gumofilcach, kufajce i berecie z antenką. Podchodzę i mówię: dzień dobry! Mężczyzna odpowiada pytaniem: znalazł Pan złoto? Wybałuszam na niego oczy i wyjaśniam zgodnie z prawdą, że szukam niemieckiej komory kablowej. Mężczyzna patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu, po czym puszcza oko i szeroko się uśmiecha. Potem opowiada mniej więcej taką historię: kiedyś, panie, polowałem w tym zagajniku. W środku nocy podjechała terenówka. Wysiedli z niej jacyś ludzie na czarno i zaczęli się kręcić po polach. Strzeliłem w powietrze, żeby ich przestraszyć, ale wtedy zaczęli iść prosto na mnie, to uciekłem. Chciałem tam wrócić z sąsiadem, ale mnie żona nie puściła. Rano dopiero pojechałem, a tu wszędzie rozkopane doły. Bo to złoto gdzieś tu, panie, jest!

Jestem pod wrażeniem. Jadę dalej przez Las Michałowiec i bardziej niż pod koła patrzę na boki, czy coś przypadkiem w krzakach nie błyska. Jeszcze później rozmawiam z podleśniczym z Cieplic i po tej rozmowie sytuacja się nieco wyjaśnia. W całej sprawie chodzi o złoto żydowskie. A konkretnie o złoto Żydów z Wolbromia, którzy w czasie drugiej wojny podczas ucieczki przed Niemcami podobno zakopali swoje bogactwa gdzieś w okolicy. Wieść gminna głosi przy tym, że nie podobno, ale na pewno, co zgodne jest z powszechnym u nas przekonaniem, że każdy Żyd zostawia za sobą złoty ślad. Nie może być inaczej. I dlatego miejscowi i przyjezdni od dziesięcioleci szukają, kopią i ryją, czyniąc to tak zapamiętale, że niedługo więcej będzie pod Jangrotem wykopów po poszukiwaczach skarbów, niż starych transzei z obu światowych wojen, a trzeba wiedzieć, że tych jest tutaj naprawdę dużo. Nikt też w okolicy nie uwierzy w chodzenie po krzakach w poszukiwaniu niemieckiej komory kablowej. Reakcją na takie wyjaśnienie może być co najwyżej szeroki uśmiech i puszczenie oka.

Wszystkie zebrane naprędce fakty pozwalają optymistycznie patrzeć w przyszłość. Koszt dojazdu pod Jangrot jest znikomy. Łopata kosztuje grosze. Jazda z łopatą na rowerze może wyglądać pretensjonalnie i obciachowo, trzeba więc doliczyć niewymierne, acz zapewne dotkliwe koszty psychologiczne. Za to dyskretny wykrywacz metalu można kupić już od pięciuset złotych. Myślę też, że do pracy najlepiej nadaje się wrzesień, czas wykopków, kiedy na polach można się zgubić w tłumie, nie budząc przy tym większych podejrzeń. Karaiby, Ostrężnica czy Jangrot – to w gruncie rzeczy jest bez znaczenia, jeśli tylko skrzynia będzie odpowiednio duża i ciężka…

Wiosna
Trawers Pasma Smoleńsko-Niegowonickiego z Poręby Dzierżnej do Niegownic

Drogi do Lasów Udorskich pilnuje wyszykowany na podobieństwo starożytnego Janusa strach na wróble. Stwór posiada dwa różne oblicza, z których jedno skierowane jest na wschód, w stronę łąk, zaś drugie na zachód, w kierunku lasu. Także garderobę strach posiada podwójną, wschodnią i zachodnią. Nie jest do końca pewne, kto stracha wystawił i po co. Mógł to zrobić jakiś chłop z Poręby albo miejscowe bobry, które kilkaset metrów dalej urządziły sobie na strumieniu małe królestwo. W tym ostatnim przypadku byłby to strach na ludzi, co dalej nie wyklucza jego związku z Janusem, jak sądzę.

Między Porębą a Niegowonicami trwają wiosenno-zimowe zmagania. Zima usiłuje cofać się w sposób zorganizowany, ale na jej tyłach cały czas lądują nieprzeliczone przylaszczkowe desanty, które dezorganizują odwrót, zamieniając go w chaotyczną ucieczkę. Punkty o znaczeniu strategicznym – Góra Chełm, Ruskie Góry i Smoleń, są już na dobre opanowane przez gęste łany przebiśniegów. Ostatnią szansą jest oparcie obrony na linii przysiółków Syber-Syberia-Sachalin. Tutaj zima mogłaby nawet poczuć się trochę jak u siebie. Ale na dłuższą metę ta kampania jest już przegrana. Zimie nie pozostanie w końcu nic innego, jak wycofać się przez Mamlochy i Rozdartą Wronę w kierunku przystanku kolejowego ‚Jeżówka’. Topniejącym niedobitkom być może uda się jeszcze złapać poranny pociąg do Kielc.

Czytaj dalej

Polowanie na mamuny
Styczniowa noc pod Świniuszką

Mamuna jest to nieprzyjemny demon o posturze szpetnej kobiety niskiego wzrostu, ze zwisającym prawie do samej ziemi biustem. Wyjątkiem są mamuny ruskie, rozmiarem swoim przewyższające nawet ludzi. Tak można w każdym razie wnioskować po obejrzeniu Niebiańskich żon Łąkowych Maryjczyków. Naszą rodzimą mamunę w bardzo przekonujący sposób narysował swojego czasu znany malarz i grafik Jerzy Przybył (można ją zobaczyć wśród wielu innych bóstw słowiańskich na stronie Czesława Białczyńskiego).

Mamuna zamieszkuje miejsca odludne i dzikie, które opuszcza w sposób skryty, czyniąc to jedynie nocami. Wtedy właśnie, pod osłoną ciemności, uprawia swój niecny proceder porywania dzieci. W tym miejscu sprawa mamun łączy się z doniosłym problemem polskiej demografii. Wiadomo bowiem, że nas ubywa. A ja podejrzewam, że mamuny mają w tym swój znaczący udział.

Lud w okolicach Rodak twierdzi (a lud się nie myli…), że mamuny gnieżdżą się na górze Świniuszka. Swoją skąpą bieliznę piorą podobno w wodach wypływającego spod wzgórza potoku. Ktoś powie, że to bajki. A co w takim razie stało się z dawnym ośrodkiem kolonijnym pod Świniuszką? Wiele lat temu w każde wakacje roześmiane i beztroskie dzieci biegały za dnia po zielonej łące. A nocą… Dość powiedzieć, że ośrodka już nie ma, pozostały po nim jedynie smętne ruiny.

Jako dowód działalności demonicznej w miejscowości Rodaki, gmina Klucze, przytoczyć można też liczby. Wśród wielu różnych danych zebranych przez Główny Urząd Statystyczny, są między innymi informacje o liczbie osób w wieku przedprodukcyjnym. Owa newralgiczna grupa, będąca przedmiotem zainteresowana zarówno statystyków, jak i mamun, w 2010 roku stanowiła 17,6% ogółu ludności gminy. W latach 2011-2012 wskaźnik ten wynosił już 17,5%. W roku 2013 spadł do 17,3%, a w 2014 osiągnął niepokojący poziom 17%… Potencjalną działalność mamun potwierdzają też inne parametry, jak na przykład saldo migracji, które dla przedmiotowej gminy od lat jest ujemne. Ludzie wiedzą, albo przynajmniej przeczuwają, że coś się dzieje. I uciekają.

W tej sytuacji zapolować na mamunę jest obowiązkiem patriotycznym. Ratując kraj, ratuję przy tym także swoją emeryturę, bo kto będzie na nią pracował, jeśli poczwary z obwisłymi biustami wybiorą z kołysek zbyt wielu przyszłych podatników?

Polowałem w styczniu, zachodząc Świniuszkę od strony Ryczowa tak, by w razie komplikacji pozostawić sobie możliwość taktycznego odwrotu w Ruskie Góry, na linię wciąż jeszcze solidnie wyglądających okopów z pierwszej wojny światowej. Była to najmroźniejsza noc tej zimy, dzień lub dwa przed styczniową pełnią. Nie zdziwiło mnie zatem, że o północy nikt nie robił prania w potoku Minóżka. Przy temperaturze dużo poniżej minus dziesięć, nawet najbardziej demoniczne gacie po zanurzeniu w zimnej wodzie zamienią się w blachę. Poszedłem nieco dalej i rozpaliłem ognisko, które miało spełnić rolę przynęty. Ale ogień nikogo nie zanęcił, choć wokół w ciemności cały czas coś szurało, trzaskało, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że stękało. Wróciłem jak niepyszny, naokoło, żeby na wszelki wypadek zmylić tropy. Obok nieistniejącej karczmy na Wymysłowie termometr pokazał minus osiemnaście stopni…

Już po powrocie do domu odkryłem prawdopodobną przyczynę nocnej porażki. Otóż, pomimo wszystkich starań i przygotowań, jednej rzeczy nie byłem w stanie przeskoczyć. Jestem mianowicie w wieku produkcyjnym zaawansowanym – i to niestety widać, nawet w skąpym świetle ogniska. Dla siebie samego mogę być nadal atrakcyjny, dla mamun zapewne już nie. Pewnie dlatego zostawiły mnie w spokoju.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości co do mamun, to niech zapuści się nocą w las pod Świniuszką, niech stanie o drugiej nad ranem pod jej szczytem i niech wypowie skierowane w gęstą ciemność słowa: MAMUNY NIE ISTNIEJĄ. Głośno i wyraźnie. Powodzenia…