Roczne archiwum: 2017

Wędrówka na Wschód

Z Kalwarii Zebrzydowskiej do Iwonicza Zdroju

Sierpniowy poranek pod klasztorem w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wokół ani żywego ducha. Po krótkim pożegnaniu Magda odjeżdża w siną dal, a ja zostaję pod barokową figurą Jana Nepomucena, niezdecydowany, strapiony i już pogrążony w tęsknocie. Dopiero teraz wokół zrobiło się naprawdę pusto. Po dłuższej chwili zbieram się w sobie i powoli ruszam. Kiedy przechodzę obok kamiennych świętych stojących na filarach przed kościelnym dziedzińcem, z góry dochodzą mnie ich ściszone głosy. Ach, jaki on odważny! Lecz, czy aby mu się uda? Te upały! No i spodziewane burze! Taki młody, w taką drogę, no i na dodatek sam… Ale dokąd właściwie? Nie powiedział, niestety… Nie powiedział, bo sam dobrze nie wie.

Czytaj dalej

Stacja Noc

Biwak w Dolinie Racławki

W zamierzchłych czasach za moim łóżkiem stało analogowe radio. Była to ogromna skrzynia z gałkami, klawiszami i szybą, za którą znajdował się wskaźnik pokazujący częstotliwości. Włączałem to urządzenie w środku nocy, żeby obracać powoli pokrętłem strojenia i wyłapywać z kosmicznego szumu sygnały odległych stacji nadających programy w egzotycznych językach. Przypomniałem sobie o tym wszystkim w Dolinie Racławki, gdzie spędziłem w tym roku kilka wiosennych nocy. Poszukiwanie miejsca na biwak za każdym razem przypominało strojenie radia. Przesuwałem się po zboczu doliny jak wskaźnik po skali, próbując wyłowić czysty sygnał nadciągającej nocy z napływającego zewsząd hałasu cywilizacyjnego. Nie jest to proste, bo jeśli podejść za bardzo na południe, eter zaleją odgłosy kamieniołomu w Dubiu, jeśli zaś odbić za bardzo na północ, można się dostać w zasięg akustycznego życia Paczółtowic. Ale za trzecim razem prawie się udało. Złapałem Stację Noc na skalnym cyplu, z którego otwiera się leśne okno na przeciwległe zbocze doliny. Na pierwszym planie szum płynącej w dole Racławki. Za nim typowe leśne rozmaitości: szurające w liściach jeże i wiewiórki, przechadzające się sarny, truchtające dziki. Sowy. Nietoperze. Robaczki świętojańskie. Szmer liści poruszanych wiatrem. I na samym końcu, w głębokim tle, głęboka cisza czerwcowej nocy.

Napisałem, że prawie się udało. Chodzi o to, że następnego dnia przed godziną szóstą rano w Paczółtowicach obudził się człowiek posiadający pasję, wydajną pilarkę tarczową i stos listewek do pocięcia. Wiem, bo widziałem to wszystko maszerując godzinę później na przystanek autobusowy. Mimo to miejsce z zasięgiem Stacji Noc w Dolinie Racławki nie jest stracone. Jesienią, gdy pasja piłowania ulegnie w obliczu niesprzyjających warunków atmosferycznych, będzie tutaj naprawdę pięknie. Chyba, że nie doceniam właściciela pilarki…

Sen o Dolinie

Ostatnia noc we Wróblińcu. W śnie Magdy zostałem kaczką. Wraz z kilkoma kolegami latam sobie radośnie nad Stawami Milickimi, nie tracąc z oczu mojej dzielnej dziewczyny, która gdzieś w dole maszeruje wytrwale po groblach, polach i lasach. Nagle widzę, że zaczyna machać do nas gwałtownie rękami i krzyczeć: wyciągnij aparat, wyciągnij aparat! Okazało się, że trafiła na ukryte w jakichś szuwarach stado pelikanów. Zanim się zorientowałem, o co chodzi, pelikany uciekły. Latamy dalej. Teraz widzę, że Magda się zgubiła. Wszystko przez mapę, która działała w ten sposób, że mówiło jej się, gdzie się chce iść, a ona rysowała na sobie trasę. Ale tym razem mapie coś się pomyliło. Czym prędzej wysłałem na magdową ścieżkę wielką kolorową chmurę, która po chwili ułożyła się w strzałkę wskazującą właściwą drogę. Potem mój bohaterski mały piechur dotarł do miasteczka. Na rynku trwał właśnie festyn. Jego główną atrakcją był wielki, różowy kapelusz. Ten kapelusz był dla ptaków w Dolinie (czyli poniekąd także dla mnie). Miał zostać podniesiony do góry, a potem zrzucony na Stawy. Wszyscy ludzie w miasteczku dyskutowali tylko o tym, czy kapelusz spodoba się ptakom. Na tym sen się urywa. Od siebie mogę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko wielkim, różowym kapeluszom.

Czytaj dalej

Miechówka

Jeszcze rok temu wyglądała jak starożytna gontyna tkwiąca w samym środku pól. Pokrzywiona i pochylona, sprawiała wrażenie, jakby stała tutaj od zawsze. Przejeżdżałem wtedy obok niej samochodem i jak to często bywa w takich przypadkach, nie chciało mi się zatrzymywać. Od tamtego czasu przy kapliczce pojawiło się ogrodzenie z betonowych prefabrykatów. Jego brzydota przelała się na budowlę, która wygląda teraz mniej starożytnie, za to bardziej ruderalnie. Zresztą z tą starożytnością to też naciągana sprawa, bo kapliczki nie ma nawet na mapach z pierwszej połowy XX wieku.

Na pierwszy rzut oka duch uleciał już z tego miejsca. Jedyne, co jeszcze można tu robić, to kontemplować szczegóły. Drewniane, pokrzywione drzwi zawieszone na wygiętych finezyjnie zawiasach i zamykane na druciany haczyk. Drewniany krucyfiks w szczycie. Wewnątrz na ścianach zestaw świętych obrazków. Drewniana podłoga z desek, które uginają się przy każdym kroku. W stropie okrągły otwór, więc może kiedyś na dachu była wieżyczka z sygnaturką. Zamknąłem się na chwilę w środku, żeby posłuchać. W marcowym wietrze kapliczka chwiała się delikatnie i skrzypiała. Ze stropu posypały się drobne trociny. Pod deskami podłogi coś zaszurało. Wokół na chwilę uniósł się zapach drewna i starych ziół. Może jednak z tym duchem nie jest do końca tak, że wyfrunął w siną dal? Może zaszył się tylko głębiej w tych starych deskach? Minęło kilka dłuższych chwil, a mnie jakoś nie chciało się stamtąd wychodzić…

Czytaj dalej

Dębologia stosowana

Dęby nad Baryczą dzielą się na te, które podziwiam, które lubię i których się boję. Dęby pierwszego rodzaju uczęszczały do solidnej, pruskiej szkoły z nieogrzewanym internatem i nadreprezentacją przedmiotów wojskowych. Dotrwały do końca nauki i otrzymały świadectwo z wyróżnieniem. Teraz maszerują równymi rzędami wzdłuż parkowych alei, grobli i dróg. Piorun, choroba, piła i starość czynią w ich szeregach straszliwe wyrwy. Słabsze nie nadążają, padają, osuwają się na pobocze, do rowów, albo wprost do wody, jeśli kolumna zmierza akurat przez wąską groblę. Silne pozostają niewzruszone. Im więcej wokół spustoszeń, tym bardziej dziarsko zadzierają konary. I trwają. Są jak napoleońska Stara Gwardia, która nie cofa się nigdy. Te dęby podziwiam.

Czytaj dalej