Roczne archiwum: 2017

Skrzypi mi rower

Strasznie skrzypi mi rower. Wszystko zaczęło się wiosną, ale wiosną nie zwraca się na takie rzeczy uwagi, bo ptaszki, zielona trawa i kwiatki. Jednak latem zaczęło mi to przeszkadzać, a jesienią stało się nie do zniesienia. Mój zaufany warsztat rozebrał rower, złożył, jeszcze raz rozebrał, znowu złożył, po czym się poddał. Skrzypi dalej, albo też, mówiąc bardziej precyzyjnie, strzela. Sztyca nie, szprychy nie, hak przerzutki nie, korba nie, piasta nie. Rama może tak. Po ostatniej rozbiórce i ponownym złożeniu zabrałem się na nim na weekend do Lanckorony, żeby poczuł się doceniony i może przestał skrzypieć. Ale nic z tego. Zaczął skrzypieć jeszcze przed Krzeszowicami, przestał na trochę nad Wisłą, potem trzeszczał koncertowo aż do Lanckorony. Na drugi dzień postanowiłem wracać inną drogą, żeby go trochę zmylić, ale nic to nie dało. Jak on skrzypiał w Puszczy Dulowskiej! Najgorzej jest wtedy, kiedy mija się innych rowerzystów, szczególnie takich jak ja, z aspiracjami, w profesjonalnych ciuszkach, z licznikiem i tymi rzeczami. Wstyd. Na zjeździe jeszcze w porządku, ale minąć kogoś przy podjeżdżaniu, gdy skrzypi w dwójnasób, to jest obciach jak stąd na sam Księżyc. Nie wiem, co robić. Mam gdzie spać, mam co jeść i co czytać, ale strasznie skrzypi mi rower, co czyni ze mnie człowieka głęboko nieszczęśliwego…

Kasina, jesień i nocne pociągi

Pierwsze godziny jesieni. Deszcz, mgła i chłód. Stara stacja kolejowa w Kasinie wygląda w tej scenerii jak kadr z nostalgicznego filmu o pożegnaniach, samotności i ludzkiej niedoli. Budynek powoli znika w wieczornym mroku, otulony szpalerem kasztanowców. Kasztany nad głową, kasztany pod nogami. Jutro rano Magda wyzbiera je wszystkie, przemykając zgrabnie między kałużami i przemakając przy tym niemal do suchej nitki.

Spałem już na peronie i na kilku halach dworcowych, ale nigdy na stacji przerobionej na pensjonat. W naszym pokoju była może kasa biletowa, a może poczekalnia. Pijemy kawę, jemy ciastka i zastanawiamy się, ilu ludzi przewinęło się przez to miejsce od 1880 roku, kiedy otwarto kolej. Ja myślę o chłopach z górskich przysiółków, którzy porzucili galicyjską nędzę i wyruszyli w tułaczkę do Nowego Świata. Magda – o Żydach wywożonych przez Niemców.

W pensjonatowej biblioteczce znalazłem przewodnik Krygowskiego po Beskidach z 1965 roku. Jest tam napisane, że Kasina ma zadatki na miejscowość letniskową, a jej niezaprzeczalny atut to elektryfikacja. Muszę się zgodzić, że elektryfikacja znacząco ułatwia pobyt w Kasinie. Rezygnujemy z niej dopiero przed północą. A po północy stało się coś nieoczekiwanego. Przez stację w Kasinie przejechał pociąg. Linią, która od lat oficjalnie jest już zamknięta i którą otwiera się jedynie na kilka letnich kursów turystycznych w stylu retro. Ale ta nocna, jesienna lokomotywa spalinowa z kilkoma wagonami towarowymi była jak najbardziej prawdziwa. Następnej noc to samo, tym razem około dwudziestej drugiej. Austriacy transportują wojsko na front wschodni? Czy my o czymś nie wiemy???

Wędrówka na Wschód

Z Kalwarii Zebrzydowskiej do Iwonicza Zdroju

Sierpniowy poranek pod klasztorem w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wokół ani żywego ducha. Po krótkim pożegnaniu Magda odjeżdża w siną dal, a ja zostaję pod barokową figurą Jana Nepomucena, niezdecydowany, strapiony i już pogrążony w tęsknocie. Dopiero teraz wokół zrobiło się naprawdę pusto. Po dłuższej chwili zbieram się w sobie i powoli ruszam. Kiedy przechodzę obok kamiennych świętych stojących na filarach przed kościelnym dziedzińcem, z góry dochodzą mnie ich ściszone głosy. Ach, jaki on odważny! Lecz, czy aby mu się uda? Te upały! No i spodziewane burze! Taki młody, w taką drogę, no i na dodatek sam… Ale dokąd właściwie? Nie powiedział, niestety… Nie powiedział, bo sam dobrze nie wie.

Czytaj dalej

Stacja Noc

Biwak w Dolinie Racławki

W zamierzchłych czasach za moim łóżkiem stało analogowe radio. Była to ogromna skrzynia z gałkami, klawiszami i szybą, za którą znajdował się wskaźnik pokazujący częstotliwości. Włączałem to urządzenie w środku nocy, żeby obracać powoli pokrętłem strojenia i wyłapywać z kosmicznego szumu sygnały odległych stacji nadających programy w egzotycznych językach. Przypomniałem sobie o tym wszystkim w Dolinie Racławki, gdzie spędziłem w tym roku kilka wiosennych nocy. Poszukiwanie miejsca na biwak za każdym razem przypominało strojenie radia. Przesuwałem się po zboczu doliny jak wskaźnik po skali, próbując wyłowić czysty sygnał nadciągającej nocy z napływającego zewsząd hałasu cywilizacyjnego. Nie jest to proste, bo jeśli podejść za bardzo na południe, eter zaleją odgłosy kamieniołomu w Dubiu, jeśli zaś odbić za bardzo na północ, można się dostać w zasięg akustycznego życia Paczółtowic. Ale za trzecim razem prawie się udało. Złapałem Stację Noc na skalnym cyplu, z którego otwiera się leśne okno na przeciwległe zbocze doliny. Na pierwszym planie szum płynącej w dole Racławki. Za nim typowe leśne rozmaitości: szurające w liściach jeże i wiewiórki, przechadzające się sarny, truchtające dziki. Sowy. Nietoperze. Robaczki świętojańskie. Szmer liści poruszanych wiatrem. I na samym końcu, w głębokim tle, głęboka cisza czerwcowej nocy.

Napisałem, że prawie się udało. Chodzi o to, że następnego dnia przed godziną szóstą rano w Paczółtowicach obudził się człowiek posiadający pasję, wydajną pilarkę tarczową i stos listewek do pocięcia. Wiem, bo widziałem to wszystko maszerując godzinę później na przystanek autobusowy. Mimo to miejsce z zasięgiem Stacji Noc w Dolinie Racławki nie jest stracone. Jesienią, gdy pasja piłowania ulegnie w obliczu niesprzyjających warunków atmosferycznych, będzie tutaj naprawdę pięknie. Chyba, że nie doceniam właściciela pilarki…

Sen o Dolinie

Ostatnia noc we Wróblińcu. W śnie Magdy zostałem kaczką. Wraz z kilkoma kolegami latam sobie radośnie nad Stawami Milickimi, nie tracąc z oczu mojej dzielnej dziewczyny, która gdzieś w dole maszeruje wytrwale po groblach, polach i lasach. Nagle widzę, że zaczyna machać do nas gwałtownie rękami i krzyczeć: wyciągnij aparat, wyciągnij aparat! Okazało się, że trafiła na ukryte w jakichś szuwarach stado pelikanów. Zanim się zorientowałem, o co chodzi, pelikany uciekły. Latamy dalej. Teraz widzę, że Magda się zgubiła. Wszystko przez mapę, która działała w ten sposób, że mówiło jej się, gdzie się chce iść, a ona rysowała na sobie trasę. Ale tym razem mapie coś się pomyliło. Czym prędzej wysłałem na magdową ścieżkę wielką kolorową chmurę, która po chwili ułożyła się w strzałkę wskazującą właściwą drogę. Potem mój bohaterski mały piechur dotarł do miasteczka. Na rynku trwał właśnie festyn. Jego główną atrakcją był wielki, różowy kapelusz. Ten kapelusz był dla ptaków w Dolinie (czyli poniekąd także dla mnie). Miał zostać podniesiony do góry, a potem zrzucony na Stawy. Wszyscy ludzie w miasteczku dyskutowali tylko o tym, czy kapelusz spodoba się ptakom. Na tym sen się urywa. Od siebie mogę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko wielkim, różowym kapeluszom.

Czytaj dalej