Klątwa Małego
Wędrówka Małym Szlakiem Beskidzkim

Odkąd pamiętam, moje stosunki z Małym Szlakiem Beskidzkim układały się źle. Wzajemne uprzedzenia o niejasnej genezie narastały stopniowo przez długie lata, aby przerodzić się w końcu w otwartą wrogość. Przykładowo, ja uważałem zawsze, że ten szlak ma żenujący kształt. Ani to pętla, ani trawers. Gigantyczny hak, który od Straconki do Myślenic biegnie mniej więcej prosto, a potem zakręca w stronę Mszany i w końcu urywa się na Luboniu w sposób zupełnie absurdalny. Bez względu na to, czy pójdzie się z Bielska, czy z Lubonia, w pewnym momencie i tak trzeba ZAWRÓCIĆ, co jest deprymujące i demobilizujące. A poza tym – co to jest Mały, kiedy już się przeszło Główny Beskidzki?

Mały na to, że skoro tak, to on nie da mi się przejść. Nie przejdę, chyba, że po jego trupie. Próbowałem w 2010. Nie wyszło. Dopóki szedł ze mną Konrad, nie było najgorzej. Ale potem załamanie, kryzys i ewakuacja z Myślenic. Kilka dni później próbowałem uratować twarz, pisząc tekst pod tytułem Trzy doliny, który był próbą zatuszowania klęski i wmówienia sobie, że wszystko od początku do końca było zaplanowane. A Mały o mnie pamiętał. I czekał. Kiedy ruszyłem w sierpniu ubiegłego roku, nie chciał mnie nawet dopuścić na Luboń, czyli na miejsce startu. Ledwie się na tę górę dowlokłem z Naprawy. Po drodze (a nie było tego więcej niż pięć kilometrów) przeżyłem załamanie nerwowe i fizyczne. Nic mi się nie podobało. Nigdzie nie chciałem iść. Godziny mijały, a mnie wcale nie było lepiej. Kiedy doczołgałem się na dworzec PKS w Mszanie, z drugiej strony na rozgrzaną asfaltową płytę wtaczał się właśnie autobus do Krakowa. Klimatyzowany. Pusty.

Nie wsiadłem. Pocierpiałem jeszcze przez chwilę, po czym udałem się do baru zlokalizowanego na tyłach Biedronki. Zamówiłem największy kotlet schabowy, największą kawę i największe ciastko. Mały zobaczył to, ulitował się i puścił mnie dalej. A ja szedłem, choć uczucie niedowierzania towarzyszyło mi niemal do samego końca. Oto krótki raport z tego, co działo się później.

W schronisku na Kudłaczach atmosfera z rodzaju gitarą i piórem. Z głośników sączy się Stare Dobre Małżeństwo. Nic na to nie mówię, bo chcę dostać jajecznicę. Jajecznica była piękna i niezwykle fotogeniczna. Ale ja już nie fotografuję jedzenia. Przestałem kilka lat temu, kiedy takie zdjęcia zrobiły się modne.

Las na Sularzowej i Trzebuńskiej jest dokładnie taki, jak go zapamiętałem. Zabija nudą. W samym jego środku pod lichym świerczkiem siedzi wielki i smutny pluszowy miś, któremu skończyły się chipsy.

Na Babicy mijam samego siebie. Miesiąc temu, mniej więcej o tej samej porze, szedłem tędy, przemierzając trasę z Olkusza do Zakopanego. Wtedy targałem ze sobą trzy litry wody, w tym jeden litr na wszelki wypadek. Wszelki wypadek wydarzył się zaraz nazajutrz, więc warto było. Teraz też niosę trzy litry wody. I dobrze, bo za godzinę okaże się, że sklep w Palczy jest już dawno zamknięty.

Rano na Chełmie budzą mnie grzybiarze. Jest ich dwóch. Jeden wsadza głowę pod tarp, patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu (udaję, że twardo śpię), po czym na cały głos krzyczy do tego drugiego: Patrz Tadek! Taki namiot z hamakiem i ktoś sobie w nim śpi!!!

W Zembrzycach ładna, kamienna figura Jezusa na skrzyżowaniu dróg. Stoi pod nią zamyślony dziadek-chudzinka. Kiedy go mijam, podnosi głowę, uśmiecha się szeroko, wskazuje na figurę i mówi: To jest Pan Jezus, po czym płynnie przechodzi do wykonania pieśni Pan Jezus już się zbliża.

Chciałem nocować na najwyższym szczycie Potrójnej, ale on i ona rozpalili tam ognisko i zabrali się do pieczenia kiełbasek. Zacząłem krążyć wokół nich w sposób nachalny, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi, żeby dać do zrozumienia, że chcę tu spać. Sam. Ale oni wyraźnie dawali do zrozumienia, że nie, że to oni chcą tu spać. Sami. Poszedłem na drugi szczyt Potrójnej i rozbiłem się w o wiele ładniejszym miejscu.

Dopiero na Hrobaczej Łące ośmieliłem się powiedzieć sobie i Małemu, że chyba jednak mi się uda i co On na to. A On na koniec wykazał się sporym poczuciem humoru. Kiedy schodziłem do Straconki, z kościoła, przy którym zaczyna się (lub kończy) Mały Beskidzki, przy ogłuszającym biciu dzwonów wychodził właśnie wielki kondukt pogrzebowy.

PS

Klątwa nie do końca chyba wygasła. Publikuję ten tekst prawie pół roku po tamtych wydarzeniach. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego tak późno.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *