Sen o Dolinie

Ostatnia noc we Wróblińcu. W śnie Magdy zostałem kaczką. Wraz z kilkoma kolegami latam sobie radośnie nad Stawami Milickimi, nie tracąc z oczu mojej dzielnej dziewczyny, która gdzieś w dole maszeruje wytrwale po groblach, polach i lasach. Nagle widzę, że zaczyna machać do nas gwałtownie rękami i krzyczeć: wyciągnij aparat, wyciągnij aparat! Okazało się, że trafiła na ukryte w jakichś szuwarach stado pelikanów. Zanim się zorientowałem, o co chodzi, pelikany uciekły. Latamy dalej. Teraz widzę, że Magda się zgubiła. Wszystko przez mapę, która działała w ten sposób, że mówiło jej się, gdzie się chce iść, a ona rysowała na sobie trasę. Ale tym razem mapie coś się pomyliło. Czym prędzej wysłałem na magdową ścieżkę wielką kolorową chmurę, która po chwili ułożyła się w strzałkę wskazującą właściwą drogę. Potem mój bohaterski mały piechur dotarł do miasteczka. Na rynku trwał właśnie festyn. Jego główną atrakcją był wielki, różowy kapelusz. Ten kapelusz był dla ptaków w Dolinie (czyli poniekąd także dla mnie). Miał zostać podniesiony do góry, a potem zrzucony na Stawy. Wszyscy ludzie w miasteczku dyskutowali tylko o tym, czy kapelusz spodoba się ptakom. Na tym sen się urywa. Od siebie mogę powiedzieć, że nie mam nic przeciwko wielkim, różowym kapeluszom.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *